Było wiosenne, słoneczne przedpołudnie, najlepsza pora na szukanie nowego mieszkania. Dzielnica co prawda nie prezentowała się oszałamiająco, ale za to dom był nowy, czysty i duży. W sam raz dla nas.
Po jednej stronie ulicy szereg takich samych budynków – wszystkie biało-zielone, z ładną, kolorową imitacją dachówki i miłymi ogródkami przed wejściem. Naprzeciwko stare, szare ruinki, niektóre ze składowiskiem śmieci i zużytych mebli zamiast zielonego trawnika, ale co tam – myśleliśmy – najważniejsze, żeby nasz domek był ładny i zadbany.
Przy wjeździe na ulicę lokalny News Agent, poczta i apteka, zupełnie niedaleko któryś z supermarketów – nieważne który – wszystkie przecież tak samo dobre. Typowe miejskie osiedle, jakich w Dundee wiele.
Na schodach przed jednym z budynków umorusany dziesięciolatek rozgląda się ze znużeniem po okolicy. Podekscytowany naszymi odwiedzinami, pyta uprzejmie czy kogoś szukamy, czy mógłby nam w czymś pomóc, a może przyjechaliśmy do McCormacks spod trzynastki, bo oni właśnie wyjechali, to jakby coś trzeba było przekazać, to on chętnie...
Przy drugim końcu ulicy, dosłownie parę kroków od oferowanego nam lokum, ogrodzony plac zabaw – piaskownica, zjeżdżalnie, parę huśtawek. Typowy szkocki kącik dla dzieciaków. Malec, jakieś sześć lat na oko, biega po drabinkach, potem grzebie coś w piachu, zblazowany ojciec podpiera płot, rozglądając się po niebie. Parę obłoczków, dwie rozkrzyczane mewy, zwykła nuda. „Chodź już do domu, synu” – mówi po chwili. Chłopak odpowiada, że już i przeskakuje sprawnie przez płot, cały czas w biegu, po chodniku, potem ulicą. Aż nagle facet patrzy na niego uważnie, przygląda się ze skupieniem, przywołuje do siebie, coś wypytuje, ogląda i krzyczy przeraźliwie na całą dzielnicę: „Where is your gun, son???” (czyli: „Gdzie twoja giwera, synu?, ale w oryginale brzmi zdecydowanie bardziej filmowo, przyznacie).
Wiosenne przedpołudnie na jednym z typowych osiedli w Dundee. Ale domek był ładny. I dość nowy.


















































