Kolejka była kręta i długa, tak się złożyło, iż dreptałem na jej samym końcu, to przez wrodzoną uprzejmość zapewne, niezdecydowanie lub głupotę. Cisza, jaka panowała w pomieszczeniu była wręcz nie do wytrzymania, nikt ze sobą nie rozmawiał, nie sprzeczał się, nie śmiał, nie płakał, choć łzy czuć było w gęstym od perfum powietrzu.
Dziwne uczucie, zazwyczaj czekałem w oparach mięsa, kiełbasy lub pasztetu. Innym razem nozdrza wypełniał zapach warzyw, dojrzałych jabłek, śliwek czy słodkich truskawek. Jednak najbardziej w mojej pamięci zamieszkał smak świeżego pieczywa, wypieczonego chleba, bułek, rogali. Pamiętam czasy, w których zakup owych dobrodziejstw wymagał nie lada wyczynu. Stałem wówczas w kolejce jako dziecko, na policzkach, nosie i rzęsach osadzał się czysty, biały, chłodny śnieg, obmywając niejako twarz, zaspaną, głodną, ale i szczęśliwą, byłem pierwszy o 6 rano, zawsze. Z budynku wydobywał się zapach śniadania, wspomniane pieczywo, świeże masło, butelki mleka, białe sery, chude, tłuste, po prostu smaczne. Często kobieta zza lady nie mogła nadziwić się precyzji, z jaką określałem chęć zakupu produktów spożywczych. Zawsze wiedziałem, w jakim celu wyczekuję na swoją kolej, jednak nie tym razem.
Nie potrafiłem wykrzesać jednej sensownej myśli, jednego słowa, dzięki któremu mógłbym zniknąć za drzwiami, tak samo, jak ludzie w ciszy znikający przede mną. Magiczne drzwi, magiczna lada, i jeszcze bardziej tajemnicza kobieta zadająca nie do końca zrozumiałe pytania. Napięcie rosło, i było tym większe, im bliżej byłem kobiety. Serce biło coraz szybciej, pompując krew do mózgu, który mimo wszystko nie potrafił zwerbalizować tego wszystkiego, co czułem, ale przede wszystkim tego, co chciałem powiedzieć. Kobieta spojrzała na mnie ze szczególną czułością zadając pytanie po raz drugi. Kiedy się przebudziłem zdołałem wyszeptać, iż przyleciałem tutaj po marzenia, po czym szybko dziękując zniknąłem za drzwiami.
Sielanka trwała do momentu opuszczenia budynku. Cisza ustąpiła niemalże natychmiast, gwałtownie, a nawet brutalnie. Ciągnąc za sobą bagaż mijałem setki ludzi komunikujących się różnymi językami. Dziesiątki samochodów, taksówki i autobusy potęgowały tylko hałas, który uniemożliwiał swobodną wymianę zdań. Szczęśliwy jak również oszołomiony, zupełnie nową sytuacją postanowiłem jak najszybciej zadzwonić do znajomego, który miał odebrać mnie z lotniska i dowieść w miejsce zamieszkania. Człowiek, któremu zaufałem, w jakimś sensie powierzyłem nawet życie, obiecał stawić się na lotnisku nie chcąc w zamian zupełnie nic. Czy była to naiwność, nieodpowiedzialność czy głupota? Kiedy wykonałem pierwszy telefon do znajomego, w słuchawce usłyszałem zdecydowane ziewanie. Za drugim razem osoba poinformowała mnie, iż jest to pomyłka. Za trzecim razem usłyszałem po prostu „odpier….dol się człowieku”. Klasycznie rozpadał się deszcz, który z każdą minutą przenikał odzież coraz mocniej. Paląc papierosa za papierosem stałem, rozmyślając o tym, kogo zostawiłem w Polsce. Jednocześnie zastanawiałem się jak powinienem zareagować, do kogo się zwrócić, zapytać, jak ratować życie, które w ciągu kilku chwil przerodziło się szalejącą burzę. Nie wiedziałem wówczas, iż marzenia, o których wspomniałem, zostaną okupione tak dużym wysiłkiem. Kolejka, w Job Centre, kolejka w agencjach pracy, banku, do autobusu, pociągu, po kawę, alkohol. Nie wspomnę o godności, którą musiałem schować głęboko do pustej kieszeni.
W każdym razie kolejka po życie zdawała się nie mieć końca. Bardziej zorientowani w temacie mówią, iż Zbigniew Cybulski grał na tak zwanym „nerwie”, niektórzy zaś twierdzą, że na takim „nerwie” gra również Bogusław Linda. Podczas mojego żałosnego położenia na lotnisku nie musiałem grać, ten „nerw” zdawał się być czymś zupełnie naturalnym. Stoicki spokój łączyłem z żalem jak również z wściekłością na życie, pogodę, ale przede wszystkim na samego siebie. Jedno wiem na pewno, byłem niesprawiedliwy obdarowując wszystko i wszystkich kwiecistą krytyką, dodam krytyką zupełnie nieuzasadnioną.
Znajomy przyjechał po 40 minutach odnajdując mnie wśród oczekującego tłumu. Przeprosił za delikatne spóźnienie, przekonując jednocześnie, iż teraz dopiero się zacznie. Historia z telefonem okazała się nie tyle bolesna, ile komiczna. Okazało się, bowiem, iż fatalnie wpisałem jego numer, dzwoniąc do zupełnie innej osoby.
Staram się uczyć gorzkiej cierpliwości niemalże każdego dnia, mając nadzieję, iż jej owoce okażą się w przyszłości słodkie. Niestety uczę się na tak zwanym „nerwie”.

















































