Zaczęło się niewinnie. Byłam wtedy nieletnia, a już tak doświadczona
przez ...nos.
Objawy typowe : załzawione oczy, katar, ospałość.
Ot, typowy katar sienny, przez który 3-4 miesięce w roku byłam smarkaczem.
Próbowałam różnych tabletek, pigułek, kapsułek...Ulgę tylko czułam w portfelu.
Tak minęło parę lat w tym trudzie. W pewnym momencie nawet poszłam do alergologa, żeby wybadali na co jestem uczulona. Po pierwszym badaniu, dowiedziałam się aż nadto i nie poszłam na reszte. Powiedziano mi, że odczulanie potrwa około 5 lat i że będę musiała się pojawiać w ośrodku na zastrzyki. Jako, że nie pałam zbytnią miłością do igieł i że miałam ochotę zwiedzać świat, raczej niż uziemić się w Polsce przez kolejnych pięć lat, machnęłam ręką na tę kurację...i smarkałam sobie dalej.
Potem mi doszły problemy z oddychaniem. To już, powiem wam szczerze, denerwujące było. Zawsze. Gdziekolwiek bym była, cokolwiek bym jadła i z kim. Weźcie np. takie niewinne naleśniki-z-marmoladą-jabłkową-domowym-sposobem-robione-przez-mamę, albo kanapka ze serem...Wydawać by się mogło, że jedyne co mi nie szkodziło to woda, herbata i kawa. Ale trudno na tym przeżyć. No więc cierpiałam sobie dalej.
W pewnym momencie przeniosłam zachciało mi się pocierpieć w innym języku. Przyjechałam tutaj.
Któregoś dnia było tak źle, że poszliśmy do ośrodka. Znaczy się, ja i mój luby. Nie przyjęli mnie wtedy, kazali wrócić później. Wróciłam. A że wcześniej dużo czytałam o moich objawach, wszystko wskazywało na astmę. Powiedziałam, co mi jest. Doktor się zgodził z moją diagnozą. Na szczęście receptę wypisał sam, bo nie wiedziałabym już, co sobie przepisać. Tabletki miałam brać przez tydzień, potem przyjść na kontrolę.
Tydzień mijał, tabletek ubywało, a ja wciąż czułam, że nie mam czym oddychać. Noce były najgorszcze. Zasypiałam prawie siedząc, z poduszkami wysoko pod głową, otwartym oknem, wiatrem hulającym po pokoju i moim biednym J. wciśniętym głęboko pod kołdrę, współczująco głaskającym mnie po ręce. Wiedział, że ta jego monotonna czynność w jakiś sposób mnie uspokaja i pomaga zasnąć.
Po tygodniu kazali mi dmuchać w "oddechościomierz", by sprawdzić, czy mam zawrotne tempo po tych kapsułkach. Nie miałam. Wykluczono astmę.
Wtedy postanowiłam iść "zobaczyć Chińczyka". Niestety był zamknięty. Wyglądało na to, że doktor na wakacjach. Znalazłam na necie info o innym. Poszłam. Lekarz niestety nie mówił po angielsku, a przy mojej słabej znajomości chińskiego, tak naprawdę to znam tylko jedno zdanie po chińsku, które i tak byłoby mało pomocne, no chyba, że on by to powiedział ( umiem powiedzieć : musisz przyjść jutro). Na szczęście miał asystentkę. Dała mi papier do wypełnienia. Nie, nie był po chińsku. Uff, co za ulga. Odfajkowałam, co mi dolega, oddałam kartkę, i dziewczyna powiedziała, że doktor zaraz przyjdzie. A owszem, przyszedł. Z nożyczkami. Powiedział mi rękoma, że chce mi obciąć włosy. A co mi tam, skinęłam głową. Niech tnie. Lepiej łysa, niż uduszona. Oczywiście, nie uciął na tyle by zrobić perukę, ale taki mały kosmyk, jak w dawnych czasach panny dawały swoim oblubieńcom. No nie, żebym "ja-fancy-him", tak tylko, po doktorsku mu dałam, ten kosmyk.
Dziewczyna powiedziała, żę wyśla wyniki w ciągu tygodnia. Czekałam jak na szpilkach. Ważyły się przecież losy mojego oddechu. A co, jak co, oddech jest przydatny do życia. Zazwyczaj. Przynajmniej tak myślę. Powiedzcie, jeśłi się mylę.
No i przyszły. Wyniki, mam na myśli. Znaczy się list przyszedł. A raczej był przyniesiony. A w nim ...rany julek! Zmęczyłam się czytaniem w połowie, taka lista uczuleń! No bo pierwsze
mleko
a że mleko to i jogurt
i śmietana
i masło
i sery
i jajka
i sól
i cukier
i biała mąka
i biały ryż
i biały makaron
i pomidory
owoce cytrusowe
i soki
owoce morza
i orzechy
kakao
czekolada
i jakieś tam E621 i coś tam
i ocet
i kwaśne owoce
i truskawki i banany
i perfumy ( nie żebym je jadła, broń Boże )
...
...
nie wymieniam wszystkiego, żeby nie przedłużać.
Zakazane, to co wyżej + niejedzenie mięsa = ?
z + n = yyyyy...
Profil matematyczny z liceum nie pomaga przy tym równaniu.
Teraz zrozumiałam, dlaczego tak się źle czułam po naleśnikach i herbacie z cytryną, nawet po sałatce z pomidorem, octem i solą, nawet po "kakałku" -jak mówi Bobuś.
Poszłam zaraz zaglądnąć do lodówki, czy wypatrzę tam coś, co mnie nie zabije. Znalazłam wodę...
to be continued
Aha, i proszę się nie śmiać, to bardzo poważna historia jest. I najgorsze, że prawdziwa.
Smacznego Wam życzę!



























