Jakże się cieszę, że ponad rok trzymała moją książkę...
Gdybym się o nią nie upomniała, to już by w ogóle się nie pojawiła. Taka 'busy'. Sprząta domy, opiekuje się czyimiś dziećmi i to wcale nie jak wielu – na czarno. Zarejestrowała działalność, auto kupiła. To własną córkę też może teraz wozić na tańce, pływanie, piłkę. W końcu trochę wśród ludzi, bo w tej dziurze to nic, tylko owce paść... O, przepraszam, do niedawna do pubu można było pójść, ale przed końcem roku spłonął... Zupełnie jak chip shop i hotel w Stonehaven. Było więcej podobnie nagłych pożarów w ciągu roku. W rożnych miejscach. Chodzą słuchy, i trudno się dziwić, że to w kryzysie sposób na odejście z biznesu (z odszkodowaniem w kieszeni).
Czyli racje miałam z tymi owcami.
Co u Juli? Zalatana kobitka jest. Fizycznej pracy się nie boi, a jakże. W końcu Polka, w dodatku młoda. Choć w temacie zdrowia, czy raczej utyskiwania na jego niedostatki, nie ustępuje mojej prawie sześćdziesięcioletniej mamie. Ale trudno się dziwić jej frustracji. Nie ona jedna własny kark naraża w natarciach na mur medycznej niekompetencji szkockich dżipików... My, Polacy wszakże, jako słynący w świecie eksperci medycyny i farmaceutyki, nie w ciemię bici, pierwszemu lepszemu praktykantowi tej sztuki bez walki nie ulegniemy! Z gotową diagnozą wchodzimy do gabinetu i strasznie nas irytuje, gdy lekarz na podstawie podanych objawów szuka odpowiedniej choroby w komputerowej bazie danych. To wyrocznia, przy której badanie pacjenta wydaje się zbędną i zamierzchłą praktyka. Przeciętny scenariusz takiego spotkania ma kilka wariantów:
- dowiadujemy się, że to nic takiego, przejdzie samo, w razie bólu należy zażywać złoty środek - paracetamol;
- doktor przepisuje lek, który każe stosować przez tydzień lub dwa, obserwować reakcje i wrócić w razie gdyby się nie poprawiło,
- otrzymujemy wydruk na temat naszej dolegliwości, do samodzielnej lektury w wolnej chwili.
Lekarz nie wystawia zwolnienia, bo do 7 dni można się samemu zwolnic u pracodawcy, co w praktyce oznacza, że w pierwszym tygodniu choroby nie ma właściwie sensu udawać się do przychodni.
Jula ma astmę. Dusi się. Astma jest tu powszechna jak trądzik młodzieńczy. Pan doktor jednak nie zgadza się z Julą, ale też nie podaje alternatywy. Twierdzi, że Jula wymyśla. Tak jak z krzywymi nogami i bólami brzucha u córki. „Przecież dziewczynka rośnie, dojrzewa [7 lat!], stad te zmiany i bóle.” Jula traci cierpliwość. Przynosi zaświadczenie po łacinie od polskiego lekarza potwierdzające astmę. Szkocki GP bez słowa wypisuje receptę. Ale Juli nie stać na latanie w te i wewte do polskiego lekarza po zaświadczenia. A córka codziennie narzeka, czasami nawet nie idzie do szkoły, tak ją boli.
Jula zbiera siły na kolejne starcie. Bo ma tarczycę. Wykrytą w Polsce lata temu. Ale nie leczoną. Zaczyna już mocno doskwierać, więc Jula czuje, że musi znów uderzyć. Strzeżcie się szkoccy medycy!

















































