Zawsze wiedziałem, że jestem socjalistą. Lektury Orwella, Żeromskiego, trochę wrażłiwości na krzywdę spowodowaną nierównościami społecznymi i rodzinne tradycje zrobiły swoje. Może nie tyle tradycje, ale poglądy rodziców. Ojciec, taki trochę moczarowiec, syn ALowca, wnuk członka KPP, ateista, matka socjaldemokratka, agnostyczka ucząca mnie tolerancji. Wyszła taka wypadkowa.
Pierwszy raz w życiu do partii wstąiłem mając lat 16. To był rok 1993 i SdRP. Nie byłem w niej zbyt aktywny, szybko też zniechęciłem się obserwując praktyki starszych działaczy, którzy wtedy jeszcze nie do ko0ńca chyba wyrzekli się stalinowskiej przeszłości, a już piali z zachwytu nad liberalizmem. To w sejmie, bo na zebraniach mówili inaczej.
Potem był PPS, w którym przeżyłem już prawdziwą polityczną inicjację. Wiele w tym PPSie nie robiliśmy, fakt, ale co się naśpiewaliśmy to moje! Do tego ładna tradycja, nikt nie może powiedzieć! a to się flaszkę w lokalu zrobiło, a to się międzynarodówkę zaśpiewało. Fajna była ekipa. Blokowaliśmy eksmisje, wspieraliśmy strajki (na których piliśmy wódkę), jeżdziliśmy na obozy (jak wyżej), produkowaliśmy mnóstwo uchwał. Im bardziej radykalna tym lepsza!
Na pochodach 1-majowych zawsze szliśmy na samym przedzie i trafialiśmy na okładki i do tvn-u. Potem przegraliśmy dwa razy z rzędu wybory i jakoś się już z tego nie podnieśliśmy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że my, młodzi stanowimy nicość w porównaniu ze starymi struktutrami partii, dzielącej się i łączącej ze trzydzieści razy, ale posiadającej silny kręgosłup historyczny na sztywno przytwierdzony do partyjnego sztandaru. Nasze pokrzykiwania per-ma-nent-na-re-wo-luc-ja wzbudzały uśmiech na twarzach starszych towarzyszy, którzy wiedzieli, że wyrośniemy.
Potem była już Szkocja. Przyjechałemwe wtorek, w czwartek wstąpiłem do Scottish Socialist Party. Czytałem o nich parę razy przed wyjazdem do Edynburga i byłem zachwycony. O takiej wielonurtowej, dopuszczającej frakcje, na zewnątrz jednak jednolitej, socjalistycznej, wolnościowej, antykapitalistycznej, niepodległościowej, a zarazem internacjonalistycznej partii mogłem w Polsce tylko pomarzyć.
Trochę mnie dziwiło, że Tommy Sheridan nie jest już liderem. To tak jakby Solidarność (nomen omen) zrezygnowała z Wałęsy. Pytałem tu i ówdzie czemu. Każda odpowiedź była inna, ale wszystkie opowiadały jakichs erotycznych lub okołoerotycznych skandalach. Pomyślałem, że już wiem. Całkiem nie rozumiałem czemu Sheridan wytoczył proces News of the World. Nie miałem partii za złe, że go nie broniła w seksaferze.
Gdy założył własną partię nie poszedłem za nim pozostając lojalnym wobec SSP, która była dla mnie wielonurtową ostoją demokracji. Potem jednak straciłem jakoś wspólny język z koleżankami i kolegami z koła. Tonie są hippisi z klasy średniej, jak w Forrest Caffe (nie serwują tam cukru, a tylko miód!), to lekarze, urzędnicy, nauczyciele, pracownicy biurowi, paru strażaków, studenci. Niebieskie kołnierzyki.
Nadal płacę składki, ale to już chyba tylko z przyzwyczajenia.
Obserwuję ostatnio działania Młodych Socjalistów, absolutnie nie związanej z PPS. Przynajmniej nie formalnie. Oni są tacy młodzi, tacy pełni zapału i wiary w zwycięstwo. Na facebooku zostałem zasypany zaproszeniami i aż mi się zachciało! Ani się nie obejrzałem, a już pomagam odbudowywać wojewódzkie struktury partii. Też chciałbym być o dziesięć lat młodszym.
Przynajmniej jak już umrę na raka po pięćdziesiątce (powiedzą wtedy "o, taki młody!" ) towarzysze przyniosą jakiś wieniec i zapalą świeczkę.



























