Parsand prowadzi małą firmę komputerową. Naprawia sprzęt, robi strony internetowe i przygotowuje drobne prace do druku. Ma niewielki zakładzik na niewielkiej uliczce w sporym szkockim mieście. Na razie do niego dokłada – tak przynajmniej twierdzi. Stać go – ma bogatego ojca na Mauritiusie i jeszcze bogatszego wujka w Londynie. Tato kupił kiedyś młodszemu synowi małą firmę przewozową – kilka autobusów – i załatwił zamówienia rządowe. Tam u nich – na Mauritiusie. A Parsandowi zafundował studia w Europie. Komputerowe, bo Parsand od dziecka rozkręcał obudowy i próbował łączyć to, co w środku. Mówi, że dobrze mu szło.
Na szkockiej uczelni miał kiedyś kłopoty z pracą zaliczeniową. Prowadzący nie chciał mu pomóc, mówił, że powinien sam dać sobie radę. Parsand złożył skargę, twierdząc, iż nauczyciel prześladuje go z powodów rasistowskich. Potem sprawę opisali w gazecie i wykładowca musiał przepraszać. Oficjalnie. Parsand od tego czasu był traktowany ze szczególną ostrożnością. Na moje pytanie czy to naprawdę był rasizm, Parsand odpowiada – zgodnie z prawdą – „przecież jestem czarny”.
W zakładzie u Parsanda, za komputerami, pali się kadzidełko. A za nim obrazki z hinduskimi świętymi. Kriszna, Wisznu i Rama. Ładne to wszystko i zapach miły, choć ciężki.
Parsand jest hindusem, jak wielu na Mauritiusie. Jego rodzina pochodzi z Indii, chociaż on sam urodził się we Francji. Matka z Paryża, ojciec z Kalkuty, a mieszkają na Mauritiusie. „Jak w raju” – mówi Parsand – „palmy, słońce, morskie fale, bogactwo. Raj”. Gorzej, kiedy cyklon nadchodzi. Ceny pożywienia skaczą tak, że mniej zarabiających nie stać na nic. „Sami głodowaliśmy” – opowiada Parsand – „pamiętam, jak przez parę dni nie mieliśmy nic do jedzenia. To było, jak miałem jakieś 9, 10 lat. Teraz stać nas na wszystko.”
Parsand jeździ tu dwoma mercedesami – jeden dwuletni, drugi trochę starszy. Żona właśnie zdała egzamin na prawo jazdy, to ten starszy dla niej będzie. Oba auta za pieniądze taty z Mauritiusa. Wujek też czasami coś dorzuci.
Wujek mieszka w Londynie. Kilkadziesiąt lat tam mieszka – wygląda i zachowuje się jak angielski biznesmen. W nieruchomościach robi. I w drukowaniu chyba. Nieważne zresztą – ważne, że ma kupę kasy i maniery dżentelmena. I porozmawiać z nim można. Nie tylko o piłce, choć jest zapalonym fanem Manchesteru. O polityce, o Izraelu i o Palestyńczykach. O Holokauście też. Parsand nie miał pojęcia o drugiej wojnie światowej, nie mówiąc już o obozach.
W lecie Parsand wraca na swoją wyspę. Na zawsze. Starszy syn będzie kończył 5 lat i powinien iść do szkoły. Tam. „Dlaczego wracasz?” – pytam. „Nie chcę wychowywać moich dzieci, tak jak wychowywane są szkockie” – odpowiada – „a ty chciałbyś?” „Ja już to robię” – stwierdzam. I zastanawiam się, jak wychowują się maluchy na Mauritiusie. Wiem, jak jest w Polsce, wiem jak jest tu – w Szkocji. A tam? Jak w raju?

















































