Zima w Szkocji to dla Polaka zabawna sytuacja. Zabawna pod tym względem, że w porównaniu z tym co zima potrafi pokazać w Polsce, szkocka zima to pryszcz, a tymczasem Szkoci, traktują ją jakby to był co najmniej trądzik permanentny. No, może nie te panie, które mimo mrozu dalej maszerują na szpileczkach i w mini spódniczkach bez rajstop. Swoją drogą, to producenci telewizyjni powinni zainteresować się tym tematem i pomyśleć nad realizacją programu, który pokazywałby, co te kobiety na szpilkach potrafią zrobić na lodzie. Jestem przekonany, że miałoby to wysoką oglądalność.
Kiedy przyjechałem we wrześniu, jednym z moich pierwszych pytań do lokalnych ludzi, były pytania o pogodę. Jak to rzeczywiście jest z tą szkocką zimą i czy ona w ogóle jest? W odpowiedzi usłyszałem, że polega to na tym, iż przez jakieś maksimum 3 dni pada śnieg, a nawet jak pada, to od razu topnieje. Niestety nie pamiętam kto mi tak naopowiadał, a szkoda, bo mam mu parę rzeczy po tegorocznej zimie do powiedzenia. Bo zakładam, że już się skończyła…
Z mojego punktu widzenia, fabryka opon zimowych rozwiązałaby problem, ale nie wiem na pewno, nie znam się. Jednak z tego co tutaj zauważyłem, Szkoci pojęcia opona zimowa nie znają. Z tego też powodu, wystarczy, że śnieg lekko przyprószy drogę, a już mamy paraliż komunikacyjny. W Polsce jeździ się nawet jak drogi pod śniegiem nie widać i nie wiadomo, czy ona w ogóle tam jest.
Pewnego dnia, kiedy wracałem wieczorem z uczelni, zauważyłem na chodniku duże ilości białego czegoś, moją pierwszą myślą było, że to śnieg. Co prawda nie zauważyłem, żeby coś spadało z nieba, ale najwidoczniej było to tylko w tym miejscu. Niestety, po bliższych oględzinach (nie pytajcie jak to sprawdziłem) okazało się, że to sól i bałwana z tego nie ulepię. Ktoś rozsypał dosłownie wiadro soli (tyle tego było), żeby nie było ślisko na drodze, ale nie było tam nic co tą śliskość mogło spowodować. Być może gdyby tej soli tam nie było, to by było ślisko, ale nie wiem na pewno, nie znam się.
Przykładów takiego zapobiegania na zapas jest w Szkocji mnóstwo. Według mnie czasem trochę przesadzają i powinni wyleczyć się z niektórych fobii, ale nie wiem na pewno, nie znam się. Taka np. panika przed świńską grypą. We wszystkich publicznych toaletach plakaty z instrukcjami jak myć ręce, na słupach ogłoszenia, że „Coughs & Sneezes Spread Diseases” i wiele wiele innych. Raz nawet, kiedy wybrałem się do miejsca, w którym można za darmo wydrukować CV, przed użyciem komputera kazano mi zdezynfekować ręce specjalnym żelem dezynfekującym. Być może to ja jakoś podejrzanie wyglądałem i tylko mi kazali to zrobić, ale nie wiem na pewno, nie znam się. W każdym bądź razie jak odwiedziłem to miejsce po raz kolejny, to obyło się bez żelu. Widocznie był to żel o długotrwałym działaniu i jedna dawka wystarczy na całe życie, albo po prostu tym razem miałem czyste ręce. Podobny żel widziałem też w torebce u jednej z moich szkockich koleżanek. Kiedy tylko ktoś zakaszlał w klasie, ona wyciągała żel i pielęgnowała dłonie. Nie wiem w jaki sposób miało to powstrzymać bakterie latające w powietrzu, ale to jej sprawa.
Oprócz wyżej wymienionych, Szkoci boją się jeszcze pożarów i przewodnictwa prądu w wodzie. Zaowocowało to irytującymi wynalazkami. Jednym z nich są drzwi przeciwpożarowe, wszędzie gdzie się tylko da. Albo nie… nie wszędzie. Właśnie uświadomiłem sobie, że w łazience nie mam zabezpieczenia przeciwpożarowego w drzwiach. Być może skoro jest tam kran i prysznic, to stwierdzili, że takie coś jest nie konieczne, ale nie wiem na pewno, nie znam się. A propos łazienek, to niezwykle irytujący jest brak kontaktów w łazience. Jest to szczególnie uciążliwe, kiedy korzystam z maszynki elektrycznej, a w pokoju nie mam lusterka. Nie ma ich tam dlatego, prawdopodobnie z tego samego powodu, dla którego światło zapala się pociągając za sznurek. Fobia, przed przewodnictwem prądu w wodzie… Ale nie wiem na pewno, nie znam się.

















































