Odcinek
9
Dopiero
teraz Maciej poczuł dla siebie odpowiedni grunt do dyskusji. Nigdy
nie lubił gadać dla samego gadania, pić aby się tylko napić,
bić, aby dać w mordę. Nie lubił rzeczy, ani spraw, ani czynności,
które znajdują swe miejsce na świecie, a są bez powodu.
Lubił natomiast ten swój stan wkurwienia, kiedy wzbierały w
nim emocje, słowa same cisnęły się na usta, a pięści same się
zaciskały, żeby komuś – w złości – przypierdolić. Był z
niego, po prostu, chłop z godnością i jajami. Kiedy więc słyszał
lub widział coś, co było nie po jego myśli, natychmiast ten swój
stan spostrzegał. A że naokoło bardzo dużo było i działo się
nie po jego myśli, więc stan ten nigdy właściwie wygasał, raczej
tylko przygasał, tląc się w sercu, gotowy w każdej chwili do
rozdmuchania w prawdziwy ogień. Wyciągnął więc swojego Fajranta,
obrócił go w palcach lekko przygniatając, wsadził do ust i
zapalił. Potem zaciągnął się do oporu.
– Sołtysa
znam nie od dziś i wiem, że...jest w porządku...- burknął
grzecznie.
Ale
po lewej stronie Ciemięgi zaraza mieszka...- natychmiast ripostowała
żona.
Dorotka zajęta wyszukiwaniem odpowiednich kosmetyków w
kuferku zawsze przychodziła ojcu, w takich chwilach, z pomocą. Sam
bowiem nigdy nie miał szans w dyskusji z Apolonią. Był skazany na
porażkę, jak pies w pojedynku z kotem, choć przecież psiak
większy i niby mądrzejszy.
Jak
zwykły obywatel z urzędnikiem, choć urzędnik też przecież niby
tego samego obywatel. Jak normalny człowiek z księdzem, choć –
podobno – ksiądz też nic innego, jak normalny człowiek. Tak samo
było z Maciejem. A to dlatego, że gdy babie kończyły się
wszystkie normalne argumenty, jednym zdaniem potrafiła dyskusje
uciąć, męża obrazić i uznać, że to ona zawsze ma rację. Stąd,
gdy tylko rodzinna potyczka się zaczynała, a Dorotka była jej
świadkiem, zawsze stawała po stronie ojca. Na wszelki wypadek. A
może dlatego, że serce u niej było czułe i wrażliwe.
- Oj,
zawsze gdzieś była i jest...i lewa i prawa strona...- Cicho
podsumowała Dorotka.
Maciej
uśmiechnął się do niej, kiedy ta wysłała mu porozumiewawcze
spojrzenie. Odważnie więc brnął w dyskusję:
– O
widzisz ! U człowieka tak samo dwie połówki..! – wycedził
- I jak trza się do jakiej roboty wziąć , to się okaże , że
obiema : i lewą i prawą pracujesz...choć różne..!
-
Szczęście , że mózg
pośrodku ! i w kupie to wszystko trzyma...- wspomagało dziecko.
– No
tak ! Bo co by to było , jakby lewa ręka nakrętkę odkręcała a
prawa zaraz zakręcała...Toż by się człowiek całkiem nie
napił..! A i serce też pośrodku..! – spokojnie kontynuował
Maciej.
– U
mnie inaczej ! – zauważyła Apolonia.
– Bo
na prawym boku za dużo śpisz...to się i przemieściło...- dodała
mała.
– O
! Ja tam śpię na plecach to i siedzi tam , gdzie go natura
wsadziła...- podsumował ojciec. Apolonia spojrzała na męża z
pogardą.
- A
odkąd to ciebie natura , a nie Bóg wszechmogący, stworzył
? Co ?! – wyszeptała
złośliwie, bo Maciej niebezpiecznie wdepnął w te rejony, których
naruszania Apolonia broniła tak samo jak radia M. Ale Maciej
odważnie brnął dalej:
– Ja
już jakiś czas kombinuję i zdaje mi się , że Bóg to ze
mną za wiele wspólnego nie miał...
- Musi
tak ! Bo rozumu to u ciebie za grosz..!
Dorotka patrzyła to na ojca, to na matkę. Ostatnie jej słowa, to
był właśnie sygnał, że za chwilę albo ojciec dostanie w mordę,
albo zostanie zmuszony do wyjścia na podwórze, za nie wiadomo
czym, bez powodu, aby tylko wyszedł i nie oddychał tym samym, co
Apolonia, prawie świętym, powietrzem. Zerwało się więc dziecko
ze stołka z głośnym „Aha..!” i podążyło wprost do torebki,
która wraz z sukienką zawiesiło na wieszaku przy zapiecku.
Apolonia dopiero teraz spostrzegła, bo wcześniej miała ważniejsze
rzeczy na głowie, że dziecko łazi po chałupie w samej halce, spod
której prześwitywała nieśmiało czerwona bielizna.
- A
coś ty się tak rozebrała..?!
- Bo
mi gorąco...- odparło dziecko - Wypłacili za kartofle...
Dorotka
otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej stuzłotowe banknoty.
Apolonia, bez słowa, zbliżyła się do córki, przejęła
gotówkę i zaczęła ją liczyć. Dorota powoli wracała na
swoje miejsce przy ołtarzyku. Maciej, który właśnie przed
minutą podniósł się z kozetki i popijał z blaszanego kubka
wodę zaczerpniętą ze stojącego pod kuchnią wiadra, zaczepił ją:
- Dużo ?
- Dwadzieścia
miliony...- sekretnie odparła córka.
- Na
stare..?
- Nie.
Na przyszłe...- odparła z uśmiechem.
- No,
no..! Ty se tak z ojca nie pogrywaj..!
- Na
stare...
- To
dużo jak za takie małe kartofle...- zadziwił się szczerze Maciej
i powolutku zbliżył do stołu.
Oboje,
Dorotka i Maciej, skupili swój wzrok na liczącej kasę
Apolonii. Ta śliniła swe tłuste paluchy i przeliczała każdy
papierek z osobna, każdy brała pod światło i fachowym spojrzeniem
oceniała prawdziwość banknotu. Coś przy tym mruczała pod nosem.
Na pewno nie przeklinała. Dorota poruszyła ustami, jakby chciała
coś ojcu powiedzieć, ale żaden dźwięk się z nich nie wydobył.
Maciej patrzył na córkę w oczekiwaniu, że wiadomość
przesłana zostanie do niego ponownie. Dziecko zakręciło ramieniem,
w powietrzu, wielkie koło i wyszeptało trochę głośniej.
- Opony
do traktora...
Wiadomość
dotarła i została odczytana. Trzeci raz nie trzeba było Maciejowi
powtarzać. Odstawił kubek i zrobił nieśmiało jeden krok w
kierunku żony.
- Opony
do traktora trza kupić...- zachrypiał i zaraz odchrząknął.
Apolonia najpierw na męża spojrzała, czy aby nie wyłudza, potem
przypomniała sobie faktyczny stan ogumienia w rolniczym sprzęcie i
odliczyła Maciejowi dwa banknoty. Odwróciła się i zaczęła
liczyć kasę od nowa. Maciej pokazał Dorotce uniesiony kciuk, na
znak, że sprawa załatwiona. Dziecko jednak zdawało się trzeźwiej
myśleć o gospodarce i traktorowych kapciach, niż sam gospodarz, bo
znów poczęło jakieś znaki do niego wysyłać i szeptać.
- Dwie
opony...Dwie...
Dopiero teraz Maciej zdał sobie sprawę, że nie starczy kupić, trzeba jeszcze kupić odpowiednią ilość. Zwrócił się więc ponownie do Apolonii:
- Dwie opony...
- Nie stać mnie na obie... - odparowała.
- No przecież widzę, że masz... - walczył o swoje.
- Na opony nie mam.
- Ale
muszą być dwie...inaczej będzie kuśtykał...
- Odwróćta
się...- wydała krótki rozkaz.
Jej
słynne „odwróćta się” to był sygnał, że nikomu ani
słuchać, ani patrzeć wtedy na wykonywane przez Apolonię
czynności, nie było wolno. Maciej posłusznie stanął więc twarzą
do wejściowych drzwi, a Dorotka odwróciła się do ołtarzyka.
Uniosła jednak swoje lustereczko i ustawiła je tak, że pełny
obraz matki ukrywającej pieniądze miała jak na dłoni. Cała ta
ceregiela z chowaniem pieniędzy nie miała oczywiście najmniejszego
sensu, bo wszyscy i tak doskonale wiedzieli, gdzie stara kasę
trzyma. A trzymała je zawsze w jednym z trzech kamionkowych dzbanków
stojących na okapie kuchni. Cały zaś sekret polegał na tym, w
którym z nich...Wepchnęła banknoty w dzbanek środkowy,
rozejrzała się, czy nikt nie patrzy, zamieniła dzbanki miejscami:
lewy ze środkowym, potem prawy ze środkowym, potem prawy z lewym i
znowu lewy ze środkowym. Kiedy zdała sobie sprawę, że sama już
nie bardzo wie, w którym są pieniądze dała grze w trzy
dzbanki spokój. Ledwie skończyła zabawę, podskoczyła nagle
jak oparzona:– Dorotka
!A która godzina ?!
– A
dziewiąta. – odpowiedziało grzecznie dziecko.
- Oj !
Córciu ! Leć do parobka, niech siwka zaprzęga i każ mu po
babkę na stację zajeżdżać. A ja lecę do proboszcza za urną i
płótnem...każda minuta droga...
|