|
Odcinek
10
Chwyciła
podgumowany płaszcz, który Dorotka zawiesiła na gwoździu,
wcisnęła na nogi gumiaki i już gotowa była do wyjścia. I pewnie
by wyszła, gdyby nie Maciej, który właśnie zdawał sobie
sprawę z ostatnich jej słów. A jak na prawdziwego mężczyznę
przystało, zdawał ją sobie bardzo powoli. Najpierw zmarszczył
czoło, potem świdrujący wzrok skierował na małżonkę, potem
mlasnął i wreszcie zapytał:
- Jaka urna...? Jakie płótno...? Co wy mi tu znowu kombinujeta???
- Ciemięga, tylko patrzeć, jak wyleje... - szybko odpowiadała kobieta. - Niech jeszcze przez noc popada i wejdzie na łąki... Remizę znowu zaleje i nijak tam wyborów sołtysa nie urządzimy... Proboszcz się mało nie zagotuje...
- Można wybory przełożyć... aż woda i emocje opadną... - wtrąciła się znowu do dyskusji starszych Dorotka.
- I co proboszcz ma do wyborów?! - dorzucił Maciej.
Apolonia,
która prawie stała już na progu, odwróciła się,
spojrzała pewnie na oboje pytających, chwilkę pomyślała i
postanowiła jeszcze moment zostać. Ktoś im przecież sprawę
wyjaśnić musi. Wróciła więc do zajmowanego wcześniej,
przy stole, stołka, posadziła dupsko i zaczęła politykować:
- Co
proboszcz ma... co proboszcz ma... Ano pierwszy raz we wsi zdarza się,
że tych z prawej więcej niż z lewej... I jutro, jak dobrze pójdzie,
będziem mieć swojego sołtysa... A wtedy to się dopiero pokaże czyja
racja i jaka prawda!
Tu, na
znak własnej siły i słuszności przekonań, walnęła pięścią w
stół, a że nożyce na nim nie leżały, więc podskoczyła
tylko Maciejowa popielniczka. Maciej kiwnął głową, wyciągnął
fajki, zapalił i postanowił bronić swego:
– Jakby
się pleban postarał... wstawiennictwem swoim u Najwyższego
poprosił... może by zlewę pohamował..?
– A
tobie skąd wiedzieć – słusznie broniła się baba - ...że ta
zlewa to aby nie kara boska za ludzką głupotę..?! Jakby ludzie
rzędem za proboszczem stali, w słusznych sprawach go popierając,
bo przecież wiadomo odgórnie że słuszne... to by my się nie
raz przed powodzią ustrzegli...
– A
co on takiego mądrego mówi, czego ja nie wiem, albo bym nie
spotrafił..?
– Świątynię
godną wsi naszej dawno trza było postawić... kapliczki naprawić... I
niechby Święty Obraz trochę po wsi pochodził... A w takie błoto
pochodzi?
- Nie pochodzi... - skomentowała Dorotka zajęta akurat malowaniem paznokci u stóp.
Maciej uśmiechnął się do córki i zakpił, ale z klasą:
- Mnie się zdaje, że usypanie wałów pewniejsze...
- I by nawet taniej wyniesło! - ponownie wtrąciła Dorotka, bo akurat pojęła, że znów zaczyna się Polaków rozmowa o wyjątkowej roli kleru w cywilizacyjnym rozwoju kraju, w którym przyszła na świat, dorosła i żyje, a takiej szansy poważnego wyrażenia własnego doń stosunku, nigdy nie przegapiała. Matka tymczasem przędła swoje:
- A czy tu pieniądz coś znaczy, jak o dobro siedliska idzie? A oponę kup na razie jedną! Proboszczowi gotówki obiecałam pożyczyć... - uznała sprawę za wyjaśnioną ostatecznie.
- A jemu pieniądze na co?! - warknął nieźle już wkruwiony Maciej.
I tego już Apolonii było za wiele.
- A gówno tobie do tego... świniom dał?!
Jakby
jeszcze na złość wszystkiemu, spostrzegła, że Dorotka dokonuje
kosmetyki swoich ślicznych stópek, opierając je o ołtarzyk.
Zerwała się więc ze swojego stołka, doskoczyła do niej i jednym
ruchem ręki strąciła stopę przerażonej dziewczyny z ołtarzyka.
I kto wie, co dalej by się stało, gdyby nie przytomność umysłu
Macieja, który natychmiast przyszedł córce z pomocą,
ściągając gniew baby na siebie:
- Jak tak dalej lać będzie, to wam się koalicja potopi...! Może by jednak przełożyć...?
- A ten swoje! - zagotowała się stara. - Przygotowania poczynione... zacier już dwa tygodnie na zakrystii dojrzewa... jeszcze jeden... dwa... a wybuchnie... Szkoda by było, bo dzwonnica ledwie stoi... cegły grzybek zjadł, a zmurszałe stropy tylko czekają, by się zwalić pod byle politycznym pretekstem...
- Sam pleban od tych stropów nie lepszy. Cichcem, jak nikt nie widzi, co rusz jakiś stempel odstawi, żeby zawalenie przyśpieszyć...
- Już on tam dobrze wie co robi! - nie dawała za wygraną Apolonia. - Chłopy po żniwach kabzy mają nabite, mówi, na co grosz bezużytecznie w komunistycznych bankach trzymać, mówi, albo jakie durne samochody kupować...? mówi...
Tu, tajemniczo ściszyła głos, jakby za chwilę miała przekazać największy z wielkich sekretów.
- Podobno szykują mu jakieś większe probostwo... to chce jeszcze przed odejściem po sobie pamiątkę zostawić...
Nic tak nigdy nie wściekało Macieja, jak fakt planowania sobie czegoś, przez kogoś, za nie swoje pieniądze...
- I to może za nasze kartofle on se tak planuje...? - zastanowił się głośno i bez większego namysłu, a po chwili natychmiast załagodził, by znowu trzepnąć, co mu ślina na język przyniesie. - Z drugiej strony to dobrze, że chłop ma budowlane zacięcie... bo po jego poprzedniku to się we wsi tylko Mariolka z bachorem na pamiątkę została...
- Księży trzeba kochać! - stara natychmiast odbiła piłkę.
- A po co? Nie starczy, że się między sobą kochają?
I oparł się ramieniem o kuchenny okap, jakby zagradzając drogę do dzbanków, w których baba schowała kasę.
- Nie dam ani grosza! Złodziejom...
- To cię, głupi ty, nazwiskiem na kościelnej tablicy wywiesi i wstyd następny gotowy...! Albo klątwę rzuci. I jak się potem odklniesz!? - wściekle wycedziła przez zęby. - Co się kościołowi należy... to się da. My nie zbiedniejem, a i tak wszystko we wsi na wieki zostanie...
- Dzwonnica tak... ale to BMW, cośmy mu na jesień kupili... to musi zabierze, co?
- Własność prywatna - rzecz święta...
- O to, to prawda! Na Mariolkowego bękarta, do dziś, ludzie "Święty" wołają...
- Co mi rozum podyktuje - to zrobię...
Apolonia zbliżyła się do męża, stanęła naprzeciwko i spojrzała swym
chłodnym i wściekłym wzrokiem w jego zatroskane oczy. I choć
Maciej wciąż dłoń na okapie trzymał, śmiało sięgnęła do
dzbanka. Oczywiście, że nie spodziewała się, ze strony męża,
jakiegoś stanowczego oporu. Niechby tylko spróbował nie
pogodzić się z jej wolą... I rzeczywiście. Dłoń, ani ramię, ani
cały Maciej nawet nie drgnęły, gdy baba, dopiero co do dzbanka
schowaną kasę, zaczęła zeń wyjmować. Maciej, po raz kolejny,
pojedynek małżeński przegrał. Głupio się czuł w takich
sytuacjach. Walnąć baby w gębę nigdy nie potrafił i nigdy by się
zresztą nie ośmielił, choć nie raz się należało. Jakiś taki
był niedorobiony z niego chłop, bo każdy inny chwili by się nie
zastanawiał, tylko najpierw z ramienia odwinął, a potem – jak by
było mało – jeszcze dupsko skopał. I przez trzy dni do domu nie
wpuścił. „A niech śpi zaraza w stodole, jak taka mądra” –
jeszcze by pomyślał. Ale Maciej konstrukcję miał niedzisiejszą.
Słabszej płci siłowo nie tykał. Dlatego wyhodował sobie na
swoich piersiach i na swojej dobroci żmiję, która nie dość,
że kąsała, to jeszcze kompletnie się nie bała. Kiedy więc stara
dzbankiem była zajęta, cofnął się i ruszył w stronę swojej
kozetki.
Dorotka ze smutkiem na ojca popatrzyła, ale ten nie miał odwagi
spojrzeć jej w oczy. Wstyd to w końcu, kiedy mąż, głowa rodziny,
zdewociałej babie przeciwstawić się nie potrafi. Apolonia z
satysfakcją uśmiechnęła się do siebie.
- A jak ludzie zaczną schodzić, gębę zamkniętą trzymaj... zagłosuj po bożemu... a kalesony do miski! - dokopała mu jeszcze. - Tera trza się szykować na przyjazd babki...
Maciej
zatrzymał się w pół drogi do kozetki.
– A
co babka ma z tym wspólnego? – zapytał znowu nieco
wkurzony.
– Ty
głupi czy durny??? To ty jeszcze na to nie wpadł??? Babka pójdzie
na sołtysa! Nie słyszał ty nigdy o marionetkowej władzy? Kto
inny podejmuje decyzje... a kto inny świeci oczami i gada do
mikrofonu...
To
mówiąc szybko opuściła kuchnię. Jeszcze za drzwiami
słychać było jak coś gada do siebie. Pewnie wyjść z podziwu nie
mogła, jak też ślub z kimś takim jak Maciej wziąć mogła...
- Rozumiem - na premiera jakąś kukłe postawić... ale na sołtysa??? Tu się trzeba znać na swojej robocie... - wyszeptał pod nosem.
|