profil poczta Grupy, Społeczność forum galeria users users

informacje-green

leasure-brown

tips-blue

Znajdujesz się w Start arrow Deser arrow Marek Rębacz - Najważniejszy dzień życia - odcinek 11
08.01.2009.
Marek Rębacz - Najważniejszy dzień życia - odcinek 11 Drukuj Email
12.06.2008.

Odcinek 11


Dorotka nie spuszczała wzroku z zasępionego ojca. Wiedziała, że w takich chwilach najlepiej mu będzie samemu. Złożyła więc swoje kosmetyki do pudełka, podniosła się i cichutko z kuchni wyszła. Maciej tylko udawał, że nie widzi, jak wychodzi. Kiedy został sam, zbliżył się do ołtarzyka, wziął w dłonie radio i tak gałką dostrajania częstotliwości począł kręcić, że mało jej nie urwał.

 

 

- A niech se wredne babsko szuka tego swojego Rydzysia..!

 

 

Już wtedy zaczął myśleć, że albo kara za odstępstwo od wiary nie przychodzi natychmiast, albo może w ogóle... Siedział więc sobie tak i kręcił tą gałką i wyobrażeniem o wściekłości Apolonii się upajał. Po chwili wstał, wyprostował kręgosłup, założył kaszkiet i wyszedł z chałupy.

 

 

Świat na zewnątrz nie zmienił się wcale od chwili, kiedy Maciej widział go po raz ostatni, czyli od jakichś trzech godzin. Dalej siąpiło bez opamiętania. Kiedy najdzie taka słota, to choć ciepło i duszno, bo przecież środek lata, człowiek ma zupełnie jesienne myśli. Zbiera się wtedy we łbie jakaś taka dziwna nostalgia, jakiś taki dziwny smutek, jakieś takie coś, co każe zobaczyć jeszcze raz wszystkie przeżyte dni, a ponieważ wszystkich spamiętać się nie da, to człowiek przypomina sobie te najważniejsze. Prawie zawsze jednak bywa, że z takich dni, najbardziej pamięta się rzeczy, albo ludzi, albo znowu czynności, ale prawie nigdy stanu swoich uczuć. Jednemu, więc, w pamięci najbardziej zostaje pierwszy rower, drugiemu komunijny zegarek, trzeciemu pierwsza pomacana dziewczęca pierś, a czwartemu jaka inna dziewczęca część ciała. Maciejowi najbardziej został w pamięci dzień, kiedy zmarł jego ojciec. Właściwie, to nikt się tej śmierci nie spodziewał. Chłop był bowiem zdrowy i czerstwy. Silny i wytrzymały jak mało kto. Pił i palił za trzech, a i tak wydawało się, że nie ma takiej siły, która by położyć go mogła do trumny wcześniej, niż boska instrukcja przewiduje. Aż tu nagle nadszedł taki dzień, który zaczął się i skończył bez Maciejowego ojca. Poprzedniego wieczoru, jak zawsze, ojciec położył się spać, coś tam mamrotał do siebie jeszcze przed snem, dzieciakom, po bożemu, dobranoc powiedział i zasnął. I nikt nawet nie przypuszczał, że to już będzie ten wieczny sen. Następnego ranka wszyscy chodzili na paluszkach, bo ojciec spał i spał. Jakby jaki zmęczony był. Dopiero koło południa Maciej nie wytrzymał i zaczął ojca mocniej szturchać, bo kapcia w rowerze złapał i trzeba było łatkę, na gorąco, w dętce zrobić. A że sam dzieciak jeszcze tego nie umiał, to jął ojca szturchać i szturchać. Ale ten się nie obudził. Jak to było dalej, do samego pogrzebu, Maciej nie bardzo pamiętał, bo wszystkie myśli wyczyściło. Dopiero pogrzeb na stałe w pamięci ugrzązł i – choćby nie wiem jak Maciej się starał – to tych smutnych obrazków z głowy wyprowadzić nie potrafił. Padało, w dniu pogrzebu, tak jak dziś. Tak samo było wilgotno i lepko w powietrzu. Zwykły gospodarski, konny wóz przysposobiony i udekorowany specjalnie na tę smutna okoliczność, kołysał się na nierównościach drogi rozchlapując, co chwila, kałuże. Konie szły równo, oba czarne z czerwonymi pomponami przy uszach. Trumna, choć też leżała równo, kołysała się i przechylała. Jej wieko, jeszcze nie przybite, co chwila lekko podskakiwało. Za każdym razem, kiedy podskoczyło, Maciej miał nadzieję, że ojciec się z tego snu rozbudzi, zrzuci z pudła wieko, usiądzie sobie i rozejrzy się dookoła. I zdziwi się jak cholera, kiedy swój własny pogrzeb zobaczy! A potem żonę swoją zwymyśla, że go dokładniej nie budziła. I na cały świat się wkurwi jak tylko on potrafi. Ale choć wieko, przez całe trzy kilometry jazdy, podskoczyło niezliczoną ilość razy, ojciec Macieja jakoś nie usiadł i z pogrzebu nie zrezygnował. Taka to już ludzka natura, że choćby się nie wiem jak tego pogrzebowego obrządku unikało, choćby się na cudze pochówki nigdy nie chodziło, to przynajmniej na własnym wypada być... Tak też uczynił ojciec Macieja. A ten zapamiętał tamten dzień tak wyraźnie, jakby to było wczoraj. I teraz, nie wiadomo dlaczego, znowu ten dzień mu się przypomniał. Może z powodu takiej jak wtedy pogody?

 

Maciej przycupnął na betonowych schodkach przed chałupą. Bezmyślnie patrzył na podwórze. Znał je przecież, ale patrzył. Jego przestrzenne zagospodarowanie” niczym nie różniło się od innych siedlisk. Wszędzie panował ten sam „styl architektoniczny”. W odległości nie większej niż dziesięć kroków od gościńca, stała chałupa. I tak samo stały sąsiedzkie. Między gościńcem, a chałupami znajdowały się ogródki kwiatowe i małe warzywniki. Dzięki temu, jak się przez wieś szło, było pięknie i kolorowo od stokrotek, fiołków, bratków, astrów i mieczyków. Jedna krawędź chałupy dochodziła prawie do samej granicy działki, żeby miejsca nie marnować. Po przeciwległej stronie chałupy zostawione było miejsce na wjazd na posesję. I to wjazd szeroki, nie jakieś tam głupie trzy metry, na jakiś tam głupi samochód. Tu się wóz drabiniasty, załadowany pod chmury snopkami, musiał zmieścić! Tam gdzie wjazd się kończył, zaczynało się właściwe podwórze. Na środku, przynajmniej tego Maciejowego, stała piwnica. Maciej nigdy nie pojął, dlaczego na samym środku ojciec ją zbudował. Może na złość ? Parę metrów w lewo od piwnicy znajdowała się murowana obora, szeroka na sześć, a długa na osiemnaście metrów. W oborze, i każdy z gospodarzy identycznie to rozwiązywał, znajdowało się jedno pomieszczenie, do którego zwierzęta nie miały wstępu. Była to letnia kuchnia. Tu, na co dzień, gotowało się i jadło. Na węglowej kuchni, obok ludzkiego obiadu, nieraz gotowało się kartofle dla kur, a jak elektryczny parnik wysiadł, to i wielki kocioł z kartoflami dla świń znajdował tam miejsce dla siebie. Jak który gospodarz miał fantazję, to organizował sobie jeszcze bardziej letnią kuchnię. Ojciec Macieja miał takową. Pod trzema lipami, które rosły na planie trójkąta, zbudował taką kuchnię, że się wychodzić stamtąd nie chciało. Lipy rosły na planie trójkąta, w odległości nie większej niż trzy metry od siebie. Pnie miały grube i zdrowe, choć lipa to gówno, nie drewno. Póki rośnie, wygląda jak królowa pośród innych drzew. Ale jak zetniesz, to tylko na sztachety do płotu się nadaje. Lipy u ojca Macieja każdy we wsi dobrze znał. Były najdorodniejsze z okolicznych. Cień dawały latem na całym podwórzu, a najniżej rosnące, rozłożyste gałęzie prawie kładły się na ziemi. A jak kwitły, to tak pachniało jak w jakiej herbaciarni, a pszczoły tak się przy kwiatach i robocie uwijały, że nieraz głosu ludzkiego usłyszeć nie można było, tylko jedno wielkie bzyczenie. Lipowy trójkąt był najpiękniejszym miejscem na całym podwórzu. Nic więc dziwnego, że tu właśnie stanęła ta jeszcze bardziej letnia kuchnia. I kompletnie nie miało znaczenia, że sam jej piec wymurowany był pospiesznie i niedbale, że dach złożony z desek przeciekał, że jak się w piecu rozpaliło, to dym nieraz na talerzach siadał, bo komin ledwie nad dach wystawał. To wszystko nie miało znaczenia. Liczyło się, że człowiek siedział i jadł, albo popijał w tym magicznym, lipowym zakątku. Parę kroków od bardzo letniej kuchni, ojciec zbudował spichlerz z podręcznym warsztatem. Budowla była solidna i piękna, bo z grubych, świerkowych bali. Drzwi do spichlerza zamykane były na zamek, do którego klucz miał chyba ze dwadzieścia pięć centymetrów długości. Solidna kowalska robota. Tak jak i sam zamek. To w spichlerzu magazynowało się mąkę, kaszę, suszona kukurydzę. Jakieś czterdzieści kroków za spichlerzem stała stodoła, a za nią były już tylko pola i pola...

 

 

 

 

Komentarze (0)add comment

Napisz Komentarz
Musisz sie zalogowac aby dodac komentarz, zarejestruj sie jesli jeszcze nie masz konta

busy
Zmieniony ( 12.06.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Polecamy

Zamek Craigmillar położony jest bardzo blisko centrum Edynburga, zaledwie trzy mile od Princess Street. Na miejscu odnosi się jednak wrażenie, ze jest się daleko od cywilizacji, gdzieś na półdzikiej szkockiej wsi. Położenie wśród parków i pól dodaje uroku tej, i tak atrakcyjnej, ruinie.

Czytaj całość…
 

Partnerzy

paca Polish Cultural Festival

Kontakt

Skype: r.gasiorek
Mail: office@edinburgh.com.pl
Tel.: +44 7927193152


www.Edinburgh.com.pl