|
Odcinek
11
Dorotka nie spuszczała wzroku z zasępionego ojca. Wiedziała, że w
takich chwilach najlepiej mu będzie samemu. Złożyła więc swoje
kosmetyki do pudełka, podniosła się i cichutko z kuchni wyszła.
Maciej tylko udawał, że nie widzi, jak wychodzi. Kiedy został sam,
zbliżył się do ołtarzyka, wziął w dłonie radio i tak gałką
dostrajania częstotliwości począł kręcić, że mało jej nie
urwał.
- A
niech se wredne babsko szuka tego swojego Rydzysia..!
Już
wtedy zaczął myśleć, że albo kara za odstępstwo od wiary nie
przychodzi natychmiast, albo może w ogóle... Siedział więc
sobie tak i kręcił tą gałką i wyobrażeniem o wściekłości
Apolonii się upajał. Po chwili wstał, wyprostował kręgosłup,
założył kaszkiet i wyszedł z chałupy.
Świat na zewnątrz nie zmienił się wcale od chwili, kiedy Maciej
widział go po raz ostatni, czyli od jakichś trzech godzin. Dalej
siąpiło bez opamiętania. Kiedy najdzie taka słota, to choć
ciepło i duszno, bo przecież środek lata, człowiek ma zupełnie
jesienne myśli. Zbiera się wtedy we łbie jakaś taka dziwna
nostalgia, jakiś taki dziwny smutek, jakieś takie coś, co każe
zobaczyć jeszcze raz wszystkie przeżyte dni, a ponieważ wszystkich
spamiętać się nie da, to człowiek przypomina sobie te
najważniejsze. Prawie zawsze jednak bywa, że z takich dni,
najbardziej pamięta się rzeczy, albo ludzi, albo znowu czynności,
ale prawie nigdy stanu swoich uczuć. Jednemu, więc, w pamięci
najbardziej zostaje pierwszy rower, drugiemu komunijny zegarek,
trzeciemu pierwsza pomacana dziewczęca pierś, a czwartemu jaka inna
dziewczęca część ciała. Maciejowi najbardziej został w pamięci
dzień, kiedy zmarł jego ojciec. Właściwie, to nikt się tej
śmierci nie spodziewał. Chłop był bowiem zdrowy i czerstwy. Silny
i wytrzymały jak mało kto. Pił i palił za trzech, a i tak
wydawało się, że nie ma takiej siły, która by położyć
go mogła do trumny wcześniej, niż boska instrukcja przewiduje. Aż
tu nagle nadszedł taki dzień, który zaczął się i skończył
bez Maciejowego ojca. Poprzedniego wieczoru, jak zawsze, ojciec
położył się spać, coś tam mamrotał do siebie jeszcze przed
snem, dzieciakom, po bożemu, dobranoc powiedział i zasnął. I
nikt nawet nie przypuszczał, że to już będzie ten wieczny sen.
Następnego ranka wszyscy chodzili na paluszkach, bo ojciec spał i
spał. Jakby jaki zmęczony był. Dopiero koło południa Maciej nie
wytrzymał i zaczął ojca mocniej szturchać, bo kapcia w rowerze
złapał i trzeba było łatkę, na gorąco, w dętce zrobić. A że
sam dzieciak jeszcze tego nie umiał, to jął ojca szturchać i
szturchać. Ale ten się nie obudził. Jak to było dalej, do samego
pogrzebu, Maciej nie bardzo pamiętał, bo wszystkie myśli
wyczyściło. Dopiero pogrzeb na stałe w pamięci ugrzązł i –
choćby nie wiem jak Maciej się starał – to tych smutnych
obrazków z głowy wyprowadzić nie potrafił. Padało, w dniu
pogrzebu, tak jak dziś. Tak samo było wilgotno i lepko w powietrzu.
Zwykły gospodarski, konny wóz przysposobiony i udekorowany
specjalnie na tę smutna okoliczność, kołysał się na
nierównościach drogi rozchlapując, co chwila, kałuże.
Konie szły równo, oba czarne z czerwonymi pomponami przy
uszach. Trumna, choć też leżała równo, kołysała się i
przechylała. Jej wieko, jeszcze nie przybite, co chwila lekko
podskakiwało. Za każdym razem, kiedy podskoczyło, Maciej miał
nadzieję, że ojciec się z tego snu rozbudzi, zrzuci z pudła
wieko, usiądzie sobie i rozejrzy się dookoła. I zdziwi się jak
cholera, kiedy swój własny pogrzeb zobaczy! A potem żonę
swoją zwymyśla, że go dokładniej nie budziła. I na cały świat
się wkurwi jak tylko on potrafi. Ale choć wieko, przez całe trzy
kilometry jazdy, podskoczyło niezliczoną ilość razy, ojciec
Macieja jakoś nie usiadł i z pogrzebu nie zrezygnował. Taka to już
ludzka natura, że choćby się nie wiem jak tego pogrzebowego
obrządku unikało, choćby się na cudze pochówki nigdy nie
chodziło, to przynajmniej na własnym wypada być... Tak też uczynił
ojciec Macieja. A ten zapamiętał tamten dzień tak wyraźnie, jakby
to było wczoraj. I teraz, nie wiadomo dlaczego, znowu ten dzień mu
się przypomniał. Może z powodu takiej jak wtedy pogody?
Maciej przycupnął na betonowych schodkach przed chałupą.
Bezmyślnie patrzył na podwórze. Znał je przecież, ale
patrzył. Jego „przestrzenne zagospodarowanie” niczym nie różniło
się od innych siedlisk. Wszędzie panował ten sam „styl
architektoniczny”. W odległości nie większej niż dziesięć
kroków od gościńca, stała chałupa. I tak samo stały
sąsiedzkie. Między gościńcem, a chałupami znajdowały się
ogródki kwiatowe i małe warzywniki. Dzięki temu, jak się
przez wieś szło, było pięknie i kolorowo od stokrotek, fiołków,
bratków, astrów i mieczyków. Jedna krawędź
chałupy dochodziła prawie do samej granicy działki, żeby miejsca
nie marnować. Po przeciwległej stronie chałupy zostawione było
miejsce na wjazd na posesję. I to wjazd szeroki, nie jakieś tam
głupie trzy metry, na jakiś tam głupi samochód. Tu się wóz
drabiniasty, załadowany pod chmury snopkami, musiał zmieścić! Tam
gdzie wjazd się kończył, zaczynało się właściwe podwórze.
Na środku, przynajmniej tego Maciejowego, stała piwnica. Maciej
nigdy nie pojął, dlaczego na samym środku ojciec ją zbudował.
Może na złość ? Parę metrów w lewo od piwnicy znajdowała
się murowana obora, szeroka na sześć, a długa na osiemnaście
metrów. W oborze, i każdy z gospodarzy identycznie to
rozwiązywał, znajdowało się jedno pomieszczenie, do którego
zwierzęta nie miały wstępu. Była to letnia kuchnia. Tu, na co
dzień, gotowało się i jadło. Na węglowej kuchni, obok ludzkiego
obiadu, nieraz gotowało się kartofle dla kur, a jak elektryczny
parnik wysiadł, to i wielki kocioł z kartoflami dla świń
znajdował tam miejsce dla siebie. Jak który gospodarz miał
fantazję, to organizował sobie jeszcze bardziej letnią kuchnię.
Ojciec Macieja miał takową. Pod trzema lipami, które rosły
na planie trójkąta, zbudował taką kuchnię, że się
wychodzić stamtąd nie chciało. Lipy rosły na planie trójkąta,
w odległości nie większej niż trzy metry od siebie. Pnie miały
grube i zdrowe, choć lipa to gówno, nie drewno. Póki
rośnie, wygląda jak królowa pośród innych drzew. Ale
jak zetniesz, to tylko na sztachety do płotu się nadaje. Lipy u
ojca Macieja każdy we wsi dobrze znał. Były najdorodniejsze z
okolicznych. Cień dawały latem na całym podwórzu, a
najniżej rosnące, rozłożyste gałęzie prawie kładły się na
ziemi. A jak kwitły, to tak pachniało jak w jakiej herbaciarni, a
pszczoły tak się przy kwiatach i robocie uwijały, że nieraz głosu
ludzkiego usłyszeć nie można było, tylko jedno wielkie bzyczenie.
Lipowy trójkąt był najpiękniejszym miejscem na całym
podwórzu. Nic więc dziwnego, że tu właśnie stanęła ta
jeszcze bardziej letnia kuchnia. I kompletnie nie miało znaczenia,
że sam jej piec wymurowany był pospiesznie i niedbale, że dach
złożony z desek przeciekał, że jak się w piecu rozpaliło, to
dym nieraz na talerzach siadał, bo komin ledwie nad dach wystawał.
To wszystko nie miało znaczenia. Liczyło się, że człowiek
siedział i jadł, albo popijał w tym magicznym, lipowym zakątku.
Parę kroków od bardzo letniej kuchni, ojciec zbudował
spichlerz z podręcznym warsztatem. Budowla była solidna i piękna,
bo z grubych, świerkowych bali. Drzwi do spichlerza zamykane były
na zamek, do którego klucz miał chyba ze dwadzieścia pięć
centymetrów długości. Solidna kowalska robota. Tak jak i sam
zamek. To w spichlerzu magazynowało się mąkę, kaszę, suszona
kukurydzę. Jakieś czterdzieści kroków za spichlerzem stała
stodoła, a za nią były już tylko pola i pola...
|