|
Ilustracja: Bogusław Jędrzejewski.
Izaak
Janas Kaszczyk
ABATO
CHŁOPIEC. POEMAT EPICKI (fragment 4/13)
mały
chłopiec przyglądał się nocnemu najazdowi
na
osadę rybaków
widział
z oddali tysiące lśniących pochodni
roztrzaskiwanych
o niewzruszone
tajemne
żywe
mury
woje
zbrojni w żelazne piki
umierali
z dławiącym uszy krzykiem
miażdżeni
jakby prasą
oliwnej
tłoczni
oblekani
w czerwone od krwi odzienie
naznaczani
sprawiedliwością
której
nie dane im było
rozumieć
czasem
chłopiec spoglądał
na
opadającą głębiej i głębiej w czerń
zatoki
zjawiskową
harmonię światła
święte
dźwięki przycichły zupełnie
wyparte
szczękiem ciężkich zbroi
rozpruwających
przestrzeń ciszy
bez
której żaden ptak nie wzniesie się na szczyty
gniazda
jeszcze
nie wyczuł zagrożenia
miał
tylko żal do zgrai jeźdźców
że
tak brutalnie zakłócili odświętny nastrój
doświadczenia
wataha
konnych wydawała się nie mieć dla niego
innego
znaczenia
słyszał
nawoływania
mowy
poselskiej nie rozumiał
nie
znał obcego języka najeźdźców
treść
żądań ujawniały
odpowiedzi
mieszkańców osady
słyszał
głos młodego drwala
osada
nie spełni żądań wojów
nie
może wydać w obce ręce
przybłędy
małego
dziecka
zwanego
Abato
Chłopiec
za
spełnienie żądania
woje
przerwą atak na osadę
odstąpią
od murów
podpiszą
wieczny pokój
na
pokolenia przymierze za śmierć
dziecka
chłopiec
zrozumiał
że
jest ścigany
ale
dlaczego
co
kryje za sobą to żądanie?
strach
wślizgnął się niepostrzeżenie
w
jego serce
zajmując
coraz to nowe komnaty
pałacu
wypełnianego
fizycznym
bólem
nie
było żadnej drogi ucieczki
zniewolenie
tą sytuacją wypalało w nim
cuchnące
spalenizną piętno
wygnańca
ból
stawał się nieznośny
zadrżała
wokół ziemia
jęknęły
leżące u stóp chłopca brzegi zatoki
zakołysała
się grań
na
której jeszcze przed chwilą wydawał się być
bezpiecznym
wsłuchany
w czarowne dźwięki światła
grań
poddała się nieznanej sile
potężniejszej
od mroku
w
jednej chwili uniósł
się sąsiedni brzeg
zatoki
poszybował
na
wysokość przewyższającą lot
orlika
by
szybko zostać porzuconym
wpaść
z łoskotem w ciemne otchłanie
niełaski
w
odstępy ziemskie
przyczajone
o każdej porze w samym środku
duszy
bezmiar
wód zatokowych poruszył się
z
intensywnością wodospadu
cofając
się w nieznaną dal
w
dół świata
ciężkie
masy powietrza
uderzyły
z samej góry nieba
śpieszyły
się
by
wypełnić pustkę
pozostawioną
po wodach zatoki
podmuch
uwolnił skalny pył
czekający
na możliwość ucieczki
z
przeklętej pułapki
targana
wiatrem grzywa skalna
uderzyła
z impetem w sam widnokrąg
gasząc
świetlne punkciki nieba
chłopiec
dostrzegł
pędzącego
wprost na niego jeźdźca
przygotowany
do strzału
łuk
zaraz
cięciwa uwolni moc
która
z łatwością jest go w stanie
zabić
srebrzysta
czerń łagodnej strzały
nuciła
mu już smętną pieśń pogrzebną
wypełniając
początek swojej krótkiej
misji
siostra
pikującego wprost jastrzębia
ciemnozielony
pióropusz
lotnego
steru
skupił
sens swego istnienia na
celnej
drodze
nagle
jeździec zapadł się w pół drogi
wraz
z uderzaną kopytami skarpą
teraz
bezpański bez znaczenia
łuk
wypadł z wprawnych rąk łucznika
na
oczach małego chłopca
koń
ze swym panem ginęli w skalnej
toni
nie
wypełniając ważnego zadania
okryci
śmiercią
której
nie omieszkają wspomnieć
ludowi
pieśniarze
po
chwili także chłopiec zachwiał się
bezsilny
tym
razem i on runął w dół
krztusząc
się drobinami rozpadłej
duszy
grani
i
naraz znalazł się na dnie zatoki
zniewolonej
pozbawionej
rybich ławic
odciętej
on
także został od wojów odcięty
zniewolony
na dnie świata
zastępując
wszystkie ławice
sam
jeden
podniósł
się
otarł
dłońmi krwawiące ciało
czuł
na swych palcach lepką ciecz
pozbawioną
w ciemnościach czerwonej barwy
niżej
rzęził przedśmiertnie
drogocennie
zdobiony w perły piękny
rumak
bogactwem
zdradzający książęce prawa jeźdźcy
ogromne
końskie cielsko
przywaliło
bezwładne ciało
pana
chłopiec
patrzył na nowy brzeg
tamto
miejsce
z
którego jeszcze chwilę wcześniej
uczył
się piękna i prawdy
było
już tylko ciemną przestrzenią
wspierającą
na powrót tejmnicze punkciki światła
na
nieboskłonie
trzepotaniem
się spłoszonej leśnej sowy
przelatującej
śpiesznie obok chłopca
miejsce
z
którego dane mu było patrzeć z bliska
w
największą tajemnicę życia
już
nie istniało
rozprysło
się na wiele części
zmienione
w skalne gruzowisko
teraz
zupełnie nowa grań
wyrastała
ponad chłopca na głębokość
jakiej
nigdy wcześniej nie widział
na
skraju grani dostrzegł jeźdźców z pochodniami
starających
się odnaleźć swego towarzysza
ta
chwila
oczekiwanie
na dalszy bieg wypadków
przedłużała
się nieznośnie
czy
musi stąd uciekać
czy
znów jest bezpieczny?
wyjaśnienie
przyszło prosto z grani
na
całej jej długości
setki
pochodni poszybowało w dół
oświetlając
dno niedawnej zatoki
syczące
płaczliwie ognie przygasały z wolna
w
licznych kałużach
ostatnich
świadectwach
niedawnej
świetności
zdawało
się wieczystej potęgi
oświetlały
dno zatoki
pozbawionej
życiodajnej
wody
swojej
istoty
o
ile samo istnienie małego chłopca
nią
nie było
on
stał bez ruchu
pośród
płonących drzazg
licząc
na nieuwagę jeźdźców
dostrzegli
jego
drobną postać
nie
przeoczyli kolejnej szansy
w
kierunku chłopca
poszybowała
z ostrym jękiem
pierwsza
kapiąca ogniem
strzała
jej
smukłość i lekki pęd
były
namacalnym dowodem pokory
wobec
tajników świata
siła
jej sprężystości dorównywała
pieśni
pierwszych kochanków
przy
spełnieniu
gładkość
swoim dotykiem równa skórze
węża
rzucającego
się na kark bawołu
rozpalony
grot pochodni
rysował
w ciele przestrzeni
nową
koncepcję nieboskłonu
kolejne
podążyły przetartym
szlakiem
żądne
swojego losu
chłopiec
zerwał się do ucieczki
nogi
grzęzły
w
rozmokłym podłożu dna zatoki
przed
sobą dostrzegł
lśniący
od blasku ognia wielki głaz
w
którego porach tkwił
świetlisty
grot zabójczej strzały
biegł
w tym kierunku
z
trudem ratując drobne stopy
przed
uwięzieniem w gęstej mazi
błota
strzały
mijały go o grubość włosa
ich
rozpalone głownie
osmalały
jego białą suknię
ocierały
się o młode ciało
jak
zbyt pochopne pieszczoty o poranku
niecierpliwe
szybkie
szorstkie
on
biegł
chciał
żyć
szczęśliwie
ukrył się za głazem
opiekunem
dwunożnych podwodnych
stworów
nieznanych
głazowi do tej chwili
chłopiec
przysiadł przy swym dobroczyńcy
bezpiecznie
osłonięty przed
pościgiem
zatęsknił
za przyjazną mu polaną
za
ogrodzoną tajemnym murem osadą
bezpowrotnie
traconym bezpieczeństwem
idyllą
rybackich chat
tańcem
wespół ze starcami
inicjacją
wokół świętego drzewa
tak
trwał na dnie zatoki
do
świtania
najeźdźcy
czuwali na grani
nie
dając za wygraną
o
świcie na setki włóczni
ustawionych
na popękanym skraju urwiska
powbijali
odcięte głowy swoich ofiar
widział
świeżą krew
ociekającą
z rozerwanych szyi dzieci
mężczyzn
kobiet
zagrzmiały
głośne bębny wojów
zagrały
przewrotnie piszczały
rozpoczęła
się ranna ceremonia
krwawy
obrzęd
oddawanie
pokłonów marności
pustce
rozmowa
językiem śmierci
o
życiu
oni
nadal składali ludzi na ołtarzach
w
jego pamięci pojawiały się i gasły
pradawne
obrzędy
dziś
nie rozumiał ich znaczenia
składanie
ofiar z ludzi
od
tak dawna powinno być
zaniechane
chłopiec
czuł całym sobą
jak
bardzo nieprawdziwa jest modlitwa zbrojnych
kierowana
do
nieprawdziwych bogów
świadomość
niesprawiedliwości
rozdzierała
gorącem
jego małe serce
rozpalała
jego palce
zaciskające
się bezwiednie na skalnym głazie
nic
nie mógł jednak zrobić
by
powstrzymać
zakazać
nieludzkich modłów
zresztą
kim on jest
by
stawiać przed sobą takie zadanie?
świt
nadszedł szybko
ciepłe
promnienie nieba
rozgrzewały
stopniowo powietrze
znad
roztrzaskanej zatoki
uniosła
się mgła
dla
chłopca była to szansa
na
ucieczkę
ruszył
przed siebie
w
dół opadającego łagodnie
gruntu
szedł
wolno
walcząc
z błotem o każdy kolejny
krok
dno
niczym głęboki wdech
potwora
wciągało
jego nogi po kolana
nie
zdołał zgubić wrogich
wojów
dzień
wstał za szybko
ciepły
wiatr wymiótł wilgotną mgłę
zdawało
się
chłopiec
znowu będzie łatwym
celem
wroga
był
już jednak daleko
strzały
jeźdźców nie sięgały go
padając
o wiele kroków przed nim
woje
wydali złowrogi okrzyk nienawiści
wściekłości
bezsilności
dwie
grupy konnych
podtrzymując
wiarę w zwycięstwo
pogoni
ruszyły
w przeciwnych kierunkach grani
w
poszukiwaniu łagodnego zejścia
na
dno zatoki
chłopiec
szedł
już nieco sprawniej
od
gorąca błoto
szybko
twardniało
wielkie
połacie ziemi
nieregularnie
pokrywały się
kobiercem
kiełkujących
jasnozielonych
roślin
może
był to tylko zielony wodny osad
pozostawiony
przez wody zatoki
wiatr
przynosił w rodzącą się dolinę
tumany
kurzu
czas
był łaskawym sprzymierzeńcem
rozsiewanych
bezładnie nasion
rośliny
zazieleniały każdą piędź ziemi
z
sobie znaną sprawnością
wykorzystując
żyzność gleby
dostępność
światła
zachętę
rozpostartą jak płótno
nowożeńców
uśmiechał
się do swoich
myśli
w
otoczeniu małych roślinek
nosił
w sobie łagodny smutek
wiedział
one
z czasem będą większe
i
jeszcze większe
tak
jak
on
też
kiedyś będzie większy
mądrzejszy
ta
perspektywa napawała go
szczęściem
czuł
i rozumiał
wokół
niego rodziło się nowe
życie
po
kilku dniach wędrówki
otaczało
go zewsząd coraz więcej
poletek
ze świeżym
młodym
sitowiem
pasmami
oczerety
rodzącymi
się gdzieniegdzie
szuwarami
największe
obszary zagarniały
dla
siebie
łodyżki
trzciny
dziwnie
szybko pnącej się wzwyż
coraz
sztywniejszej
tak
twardej
że
musiał uważać
by
nie kaleczyć o nią swoich
stóp
nieodległej
kuzynki tej samej trzciny
z
której zwinne dłonie kobiet
budowały
świąteczne wianki
na
powitanie lata
stąd
nie było już widać
wielkiej
grani
chłopiec
przyglądał się drapieżnym ptakom
które
samotnie i grupami
podążały
tam
skąd
musiał uciekać
czy
lecą na żer
pożywić
się ludzkim mięsem
wykłuć
oczy
wyrwać
ostrymi dziobami
serca?
czy
można mieć do nich o to żal
żal
do ptaków?
jeśli
nie do ptaków
to
do kogo
do
niego
że
ucieka
zamiast
coś zrobić
zatrzymać
to wszystko
nie
dopuścić?
chłopiec
czuł się bezradny
nie
rozumiał
dlaczego
właśnie on
zadaje
tak trudne pytania
nie
potrafił powstrzymać się
od
ich zadania
dokuczało
mu nadal
to najważniejsze z nich
dlaczego
jest inny
od
wszystkich ludzi
których
dotychczas spotkał?
oni
nie pytali i nie odpowiadali
umierali
z braku z nadmiaru
mięsa
pieczonej
mąki
wody
wiedzy
on
ani nie jadł
ani
nie pił
a
jednak rósł
stawał
się coraz mężniejszy
rozumniejszy
w
przyszłości pozna
odpowiedzi
teraz
jednak musiał uciekać
by
żyć
bał
się myśli
że
kiedyś zechce sprawdzić
czy
może zginąć
czy
może utracić życie
tak
samo
jak
utracili je przed paru dniami ludzie
których
głowy zatknięto wzdłuż grani
na
pikach
a
może oni nadal żyją
w
lepszym od tego świecie?
po
wielu dniach wędrówki
dotarł
do podnóża wzniesienia
niedawnego
płaskiego brzegu
wychodzącego
łagodnie z dna zatoki
na
widnokręgu
trochę
poniżej chmur
dostrzegł kikuty drzew
pozostawionych
samotnie na środku
płaskiej
linii nieba
w szczytach poruszały się na wietrze
przyjazne
świąteczne wianki
ktoś
czci tam święto lata
zaciekawiony
wszedł wyżej na wzniesienie
stąd
mógł otoczyć wzrokiem ogrom
przemierzonej
przez siebie równiny
dno
świata całe już było pokryte
szorstką
trzciną
która
dobrze wykorzystała okazję
do
nagłej ekspansji
ułatwiając
pieszym i konnym
sprawną
wędrówkę
niezmierzona
ich ilość posuwała się
środkiem
zatoki
w
stronę chłopca
serce
zatrzymało się w nim z przerażenia
pościg
musiał go dostrzec
naraz
cała konnica ruszyła z kopyta
oddalając
się od pieszych
od
najodleglejszego taboru
złożonego
ze starców
kobiet
dzieci
bydła
wozów
ciągniętych
na płozach beczek
ze
słodką wodą
mały
chłopiec nie miał żadnych
szans
choć
nie był jeszcze osaczony
jeszcze
za wcześnie na słanie sokoła
na
kark struchlałego zająca
zagubionego
w sokolim królestwie
nie
czas na wbicie włóczni po rękojeść
w
serce dzikiego słonia
krwawiącego
w ziemnej jamie
wydłubanej
na jego świętej drodze do
wodopoju
trzeba
im czekać na pieśń zwycięstwa
słaną
ze środka mężnych piersi
ku
ich fałszywym bogom
konie
tysięcy jeźdźców
runęły
przez zatokę
niczym
nagły błysk
poprzedzający
grzmot potężnej
burzy
kopyta
głucho dudniły
po
świeżo porosłej trzciną glebie
rozrywając
jej przesuszoną
powłokę
życzliwa
wędrowcom niwa
przygnieciona
rodzącą się historią
tratowana
pościgiem za
pielgrzymem
traciła
bezpowrotnie swoją
wolność
nagle
pęd zagonów urwał się
pościg
zamarł
ziemia
pod ich ciężarem ugięła się
pękła
trzcinowa
zatoka
otworzyła
swoją skrytą
gardziel
konnica
sunęła
jeszcze do przodu
bezwładną
siłą
jak
ptak
który
wpada w sidła łowne
zapatrzony
w wielobarwny ruch
skrzydeł
motyla
podobnie
do motyla
który
nie dostrzegł w porę
misternej
sieci
pajęczej
rozpiętej
na jego drodze
i
nie ma szans na rozerwanie
śmiertelnych
splotów zdarzeń
dno
zatoki pękło bezgłośnie
zmieniając
niedojrzały kobierzec z trzciny
w
płynną głębinę
część
konnicy zwróciła nagle kierunek
jazdy
chcąc
uratować się przed zgubą
jednak
ucieczka zadawała kolejne
rany
ziemi
otwierając
jej wodne wnętrze
na
coraz to większym obszarze
trwała
nierówna walka ludzi
z
wodą
najbliżsi
celu jeźdźcy
byli
już na odległość strzały
wypuszczanej
wprawną ręką łucznika
jednak
nikt z jeźdźców nie był w stanie
zagrozić
chłopcu
ich
pełne dumy kołczany
złote
od lśnienia szyszaki
barwione
ozdobnie skóry
pokrywały
się szybko stasznym blaskiem
hańby
patrzyli
w jego stronę
zaskoczeni
niespodziewaną zmianą
nie
kryli przerażenia
konie
wciągały ich swym ciężarem
w
namacalną głębię
przeszłości
co
silniejsze zachłanne życia
spod
trzcinowej warstwy ziemi
rozpaczliwie
wybuchały cielskami w górę
rozrywając
pułapkę od
wewnątrz
coraz
bardziej brakowało dostępu
do
powietrza
woda
kipiała od bezradnych pęcin
łbów
splątanych
wędzideł
walczących
o życie
ludzi
zwierząt
lśniące
srebrem naramienniki
zdobione
gęstym złotem
ciężkie
skórzane pasy
napierśniki
z wielu warstw siatek
pełne
śmierci topory przytwierdzone
do
drewnianych kulbak
gubiły
swym ciężarem wojów
topielcy
toczyli ostatnią bitwę
słabszym
głębina
łaskawie użyczała
schronienia
zdradzieckie
wiry wciągały raz po raz
wielkie
masy idących na dno zatoki
jeźdźców
rżenie
bezradnych koni
nawoływania
o ratunek
stopniowo
milkły w ciemnej toni
odradzającej
się zatoki
mały
chłopiec zrozumiał
że
to
po
czym uciekał
nie
było lądem
a
jedynie cienką powłoką ziemi
pod
którą skryła się prastara warstwa głębin
zrozumieli
to także jeźdźcy
ci
pod
którymi nie zapadł się jeszcze grunt
ruszyli
w kierunku taboru
to
był wyrok dla pieszych
tabor
ugiął się pod swym ciężarem
jak
wiotki patyk pod porywem wichru
jeźdźcy
swoim pędem rozerwali
nazbyt
wielką połać ziemi
woda
przelała się na
całą powierzchnię
obłudnego
dna zatoki
wciągając
w głębinę młodą
szorstką trzcinę
razem
z taborem
dziećmi
kobietami
starcami
bydłem
po
chwili chłopiec został sam
stał
nad zatoką znów wypełnioną
wodą
jej
linia brzegowa spoczywała o wiele niżej
niż
przedtem
po
nieprzyjaznej pogoni nie pozostał
choćby
jeden
ślad
tylko
pamięć świadka
zatoka
wydawała się spokojna
niezmienna
odwieczna
jedynie
coraz więcej ptactwa
jak
okiem sięgnąć
krążyło
nad nią
stale
huśtając lot
z
wyżyn w dół
co
odważniejszy drapieżnik rzucał się
od
czasu do czasu
sprawnym
nurkiem
próbując
w ostre szpony pochwycić ukrytą
zdobycz
jeszcze
przed chwilą
chłopiec
miał być taką właśnie zdobyczą
rozejrzał
się dookoła
nie
był bezpieczny
usiadł
ciężko na ogromnym
płaskim
nagrzanym
ciepłem głazie
i
nagle łzy buchnęły przez krtań
prosto
do jego dziecięcych oczu
drobne
ciało chłopca rozerwał duszący
szloch
oparł
czoło o wygładzoną powierzchnię kamienia
wył
jak
schwytany w sidła wilczek
nie
chciał być teraz sam
wciąż
widział
małe
dzieci
wołające
pomocy
szukające
bezsilnie rączkami swoich
matek
nie
musiał rozumieć słów
nie
musiał znać języka
starców
kobiet
bezskutecznie
ratujących
swoich
bliskich
ich
język
jak
każdy język śmierci
był
uniwersalny
czyja
moc jest tak potężna
by
wstrzymać cięciem tysiące westchnień
jednym
podmuchem czasu
bez
zaklęć
zbędnych
rytów
z
konsekwencją wymagającą żarliwej
wiary
w
słuszność uczynku?
obrazy
sprzed zaledwie kilku chwil
boleśnie
dosłowne
rozcinały
chłopcu wnętrze
jego
oczy
choć
teraz mocno zaciśnięte
wciąż
widziały to
nad
czym płakało serce
oczy
i serce!
po
co mi oczy i serce
nie
mogę widzieć i nie mogę czuć
by
samemu nie doprowadzić się
do
zguby!
a
kiedy odkrył tą prostą prawdę
znów
usłyszał tamten dźwięk
zapamiętaną
sprzed kilku dni melodię
zaczarowaną
przenikającą
stopniowo przez wszystko
co
ją otacza
zatokę
wypełniła poświata czerwieni
nie
potrafił powiedzieć
czy
to tylko krew
z
rozszarpywanych ciał topielców
czy
tamta nocna barwa
unoszona
z głębin zatoki
nie
był sam
ta
muzyka
towarzyszyła
mu przez całą drogę
ucieczki
nie
słyszał jej
ale
ona musiała przy nim być
to
co
jest jej źródłem
pozwoliło
mu nadal żyć
zamykając
otchłanie nad
pogonią
chłopiec
dostrzegł
klamrę
spinającą mocno wydarzenia
samotnego
łucznika
pędzącego
na grani w jego stronę
z
tysiącami łuczników
ścigających
go przez równinę zatoki
spoiwem
była chęć
zamordowania
go
bo
przecież nie zabicia
on
nie zagrażał w żaden sposób
jeźdźcom
on
jest zaledwie małym chłopcem
i
nikt nie musi się przed nim bronić
nikt
nie musi się go obawiać
to
prawda
jest
inny
wataha
jeźdźców przybyła do osady
by
go zamordować
ale
on ma żyć
tylko
jedna moc może tego zażądać
od
świata
w
taki sposób
jak
to miało miejsce
tutaj
chłopiec
znów zaczął płakać
tym
razem jego łzy były świadectem
wzruszenia
miłości zrozumienia
w
wymiarze tego
kogo
szuka
czasami
jeden równa się tysiącom
będąc
oznaką lekcji
której
nikomu nie będzie wolno
w
przyszłości zapomnieć
zbliżało
się popołudnie
czerwona
kula schodziła wolno ku zmierzchowi
znacząc
niebo barwą
podobną
do krwawej kipieli
mały
chłopiec musiał stąd odejść
nie
miał łodzi
by
powrócić do osady
dotykać
młodych dziewcząt
tańczyć
wśród starców
wsłuchać
się w słowa ich tajemnej
odwiecznej
pieśni
musiał
iść w przeciwną stronę
coraz
bardziej oddalając się od bramy
życia
i śmierci
drzewa
mądrości
kamiennego
muru
kierował
się na zdobne w wianki
kikuty
drzew na skraju
szedł
wytrwałe
cały
czas łagodnym zboczem w górę
była
już ciemna noc
kiedy
stanął na starym
brzegu
co
stało się z tak wielką masą ławic
odebranych
gwałtownie zatoce
komu
potrzeba było tyle wody?
jak
przez mgłę chłopiec odkrywał
w
odległej pamięci
największe
zwierzęta świata
potwory
których
ani początku
ani
końca
nie
można było dojrzeć z jednego miejsca
może
właśnie któreś z nich
poczuło
się spragnione
czy
był tego jakiś inny powód?
czy
on
był
rzeczywiście tym powodem
czy
powinien w to wątpić?
czuł
zmęczenie
nazbyt
długą wędrówką
bez
snu wytchnienia
myślami
których
wielki natłok czynił w jego głowie
zupełny
chaos
usnął
kamiennym snem
tak
twardym
jak
skała
na
której strudzony przysiadł na jedną
chwilkę
kolejny
dzień jak zwykle
nie
zdradzał swoich zamiarów
chłopca
zbudził nie tylko chłód świtania
o
jego nos ocierało się coś
wilgotnego
miękkiego
ciepłego
łaskotało
otworzył
ostrożnie oczy
przy
jego głowie stał na czterech łapach
owłosiony
zwierz
podobny
do wilka
lecz
bardzo mały
z
zadartym śmiesznie do góry puszystym
ogonem
cały
czas wachlującym wokoło
chłodne
jeszcze powietrze
chłopiec
nigdy nie widział takiego
dziwadła
pamiętał
małe wilki
tak
groźne
że
nie można było zbliżyć się do nich
na
mniej niż trzydzieści kroków
ich
ogony były zawsze opuszczone
sztywne
sierść
najeżona
jak
ta trzcina na fałszywym dnie
zatoki
ludzie
próbowali czasem je oswoić
kończyło
się to zazwyczaj śmiercią
śmiałków
ten
mały psotnik wydawał się
niegroźny
jego
zachowanie nie wskazywało na chęć
zagryzienia
pożarcia
chłopca
zwierzątko
psociło
chciało
się z nim bawić
wydawało
śmieszne cieniutkie piski
musiało
nierozważnie oddalić się
od
przewodnika
zapewne
tylko na krótko
zagubiło
się
może
jego towarzysz jest niedaleko stąd?
to
sygnał do zachowania
czujności
w
pobliżu może kryć się nieznane
niebezpieczeństwo
czy
mały chłopiec już zawsze
zmuszony będzie
uciekać
nawet
nie wiedzieć przed czym?
ruszył
wzdłuż starego brzegu
obchodząc
odległe drzewa w wianki
kudłaty
czworonóg tuż za nim
wachlował
świat ogonem
skacząc
niezdarnie
przy
każdej przelatujacej w pobliżu ważce
chłopiec
odważył się pogłaskać zwierzę
a
ono podskakiwało jeszcze wyżej
zapewne
okazując w ten sposób swoją radość
coraz
bardziej beztrosko szli razem
w
kierunku unoszącego się z wolna dnia
wilgotna
trawa zmywała ze stóp chłopca
trud
niedawnej ucieczki
przyroda
uspokajała jego pamięć
prawie
zapomniał się
w
coraz bardziej otwartej zabawie
z
czworonogiem
gdy
lekki powiew wiatru
przyniósł
w nozdrza swąd spalenizny
rozpoznał
ten zapach
to
była woń
której
nigdy nie mógłby nie pamiętać
nachodziła
go często we śnie
budził
się wówczas
z
trudem czerpiąc powietrze
czworonóg
też coś wyczuł
warczał
cichutko
ogon
podwinął między tylne nogi
chowając
głęboko pod podbrzuszem
co
kryło się w ogonie
że
czworonóg osłaniał go
całym
ciałem?
a
co kryje się w głowie strusia
że
osłania ją piaskiem pustyni?
strach
żywemu
odbierający rozsądek
martwemu
nieznany
chłopiec
przykucnął
rozplótł
warkocz i ukrył się
biorąc
przykład z czworonoga
wczołgał
się na niewielki
wzgórek
z
pomiędzy wysokiej trawy
widział
świat
aż
po wielkie drzewa z zielonymi wiankami
przed
nim rozciągało się ptasie
żerowisko
nie
dostrzegł żywych ludzi
jedynie
pozostałości po wielkim grodzie
otoczonym
obronnym płotem fosą murem
doszczętnie
spalonym
na
kikutach ostro wyciętych pniaków palisady
tkwiły
pozostałości ludzkich ciał
nabitych
aż po serca
zwęglonych
rozszarpanych
przez drapieżne ptactwo
pozbawionych
fragmentów głowy
kończyn
piersi brzucha
choć
nieme
wypełniały
cały kosmos
krzykiem
chłopiec
zatkał mocno uszy
nie
zdołał wstrzymać dźwięków
które
wpadały do jego wnętrza
przez
wszystkie wgłębienia skóry
przez
oczy
których
nie wolno mu było zamknąć
ptaki
zachowywały się bezgłośnie
nienaturalnie
cicho
chłopiec
nie chciał
by
na jego widok wzbiły się
w
powietrze
mogłoby
to być dla sprawców tej masakry
oznaką
że
trzeba powrócić
by
dokończyć dzieło zniszczenia
na
ziemi widniały ślady
po
stępkach wielkich łodzi
wyciąganych
z wody na brzeg
sprawcy
tej rzezi odpłynęli
nowy
brzeg jest daleko w dole
nie
powrócą już tutaj
może
pomknęli z prędkością wodospadu
wraz
z wodami zatoki
w
śmiertelną dal?
czworonóg
wbiegł przez zniszczoną bramę
na
dziedziniec osady
popalone
domostwa nosiły ślady
zaciętej
walki
teraz
okalczone splądrowane
słały
odwieczną skargę w nieznaną
dal
gdzieniegdzie
leżało ścierwo domowych zwierząt
to
była grabież
towarzysz chłopca podbiegł pod ocalałą z
pożogi
część
obszernej
chaty
do
nadpalonej ściany przybitych było
wiele
ciał
wokół
których krążyły chmary owadów
rozganiane
nieudolnie przez zmęczone
ptactwo
czworonóg
nie odważył się podejść bliżej
kąsany dziobami biesiadników
skomlał
jedynie żałośnie
obwąchując
plac przed domostwem
chłopiec
także zatrzymał się przed chatą
drażnił
go zaduch gnijących ciał
wiedział
że
tych trupów nie musi się obawiać
trzeba
bać się żywych
ludzi
zdolnych do czynienia tego
na
co teraz patrzył
nie
rozumiał
po
co pomordowani żyli
rodzili
się kochali
ginąc
na końcu w okrutnych męczarniach
na
oczach swoich bliskich
wspólnie
bez
nadziei na ocalenie
stając
się łupem wszelkiego robactwa
walczącego
zacięcie o najdrobniejszy
kęs
żeru
we
wszystkich zagłębieniach martwych ciał
po
co codziennie siadali obok paleniska
odszukując
się szczęśliwym wzrokiem
zezwalając
na końcu drogi zuchwałemu
ptactwu
na
poszukiwanie posiłku
dla piskląt
w
rozciętych po biodra trzewiach
ich
smukłych ciał?
chłopiec
wiedział
że
owadów i ptactwa nie wolno obciążać
odpowiedzialnością
zatem
kogo
kto
jest odpowiedzialny?
duchota
i odór wypędziły go
na
zewnątrz
czworonóg
pobiegł w kierunku kikutów drzew
z
wiankami
chłopiec
podążył w tamtą stronę
pomimo
oddalania się od zgliszczy
nadal
czuł
przejmujący swąd
palonych
ludzi
coraz
to bardziej intensywny
miał
złe przeczucia
szedł
ostrożnie
spodziewając
się najgorszego
drzewa
milczały okryte czernią
ogień
pozbawił je gałęzi
jak
topór pozbawia tułów ręki
tnąc
ramię nieuważnego woja
stały
pozbawione swych praw
naturalnych
podobne
do martwych ludzi
tkwiły
w centrum okręgu
otoczonego
ziemnym płaskim wałem
pokrytym
soczystą trawą
zza
wału słychać było
szept
owadów
tępe
postękiwanie obżartego
ptactwa
całe
zagłębienie wypełniały odcięte
ludzkie
głowy
starannie
ułożone wieloma warstwami
spod
ich stosu wiatr wywiewał
szary
popiół spalonych ciał
do
drzew przywiązani byli linami
sędziwi
starcy
kaci
zmusili ich do powolnego umierania
ich
śmierć była straszniejsza
niźli
cięcie ostrza w poprzek karku
oni
padali z wolna ofiarą padalców
które
penetrowały ich wnętrza przez nieliczne
otwory
uszy
oczodoły
usta odbyty
prześlizgując
się bezszelestnie
po
ich żywych jeszcze
ciałach
jeden
ze starców zdołał przeżyć
jego
ociekające krwią
stopy
wspierały
się na potężnym
korzeniu
świadczącym
o niedawnej świetności
dostojnym
wieku drzew
starzec
nieznacznie uniósł siwą głowę
na
widok małego chłopca wydał błagalny
cichy
okrzyk
chłopiec
poznał już słowa tego języka
w
rybackiej osadzie
ty
jesteś Abato zwany Chłopcem
szukali
cię
czy
to rzeczywiście ty?
mały
chłopiec bał się powiedzieć prawdę
nie
wiedział
co
ma zrobić
chciał
uwolnić starca z objęć
śmierci
kurczył
się jednak cały na samą myśl
o
zanurzeniu swoich nóg
w
gnijących ludzkich głowach
z gardła chłopca do jego wątłego wnętrza
przedostał się wzburzony
okrzyk
przeraźliwy
groźny potężny
nawet
okaleczone drzewa
odczuły
nagły podryw wiatru
odbijający
się od cienkich blaszek
ocalałych
pozostałości koron
krzyk
przywołał ukojenie
którego
chłopiec ani się spodziewał
ani rozumiał
tuż
nad jego głową zafalowało
ciepłe
powietrze
dostrzegł
wielkie żółte szpony orła
otwierające
się w mgnieniu oka
orzeł
uderzył z całej siły w rozkołysaną
głowę
starca
odrywając
z niej wielką połać
twarzy
buchająca
z gorąca czerwień
pokryła
całe ciało
orzeł
odleciał ze zdobyczą
a
starzec na oczach chłopca
konał
zjadany
żywcem przez
robactwo
znęcone
zapachem
słodkiej
krwi
za
późno
przybył
za późno
by
mu pomóc
wprawdzie
nic o nim nie wiedział
nie
znał jego przemyśleń
zwyczajów
i praw
na
pomoc
było
za późno
nie
zatrzymał wielkiego orła
nie
chwycił jego szponów
nie
rozerwał na strzępy jego
skrzydeł
nie
zdołał powstrzymać kapłanów
nieludzkiej wiary
przed
ćwiartowaniem niewinnych
ciał
w
celu przypodobania się
krwiożerczym
bóstwom
czczonym
na podobieństwo
katów
czworonóg
także musiał dostrzec
śmiertelną
bliskość orła
a
choć orzeł odleciał stąd w nieznane
zwierzę
nadal było niespokojne
jęczało
zrywaną frazą
może
rozumiało niemoc małego chłopca
który
nie chciał dłużej bezradnie patrzyć
na
morderczą wędrówkę starca
w
nicość
nie
mógł nic zrobić ze swą
bezczynnością
zbliżał
się czas ucieczki
trzeba
wyrszyć w dalszą drogę
chłopiec
zrozumiał tą konieczność
gdy
świst strzały rozerwał strzęp
powietrza
jej
srebro zatrzymało się na chwilę
w
oczach małego chłopca
on
dostrzegł w torze lotu
zagadkowy
cień
towarzyszący
całemu światu
strzała
śpieszyła się do celu
z
ręcznością orki wbijając śmierć
w
duszę
konającego
starca
Orebro
- Edinburgh, 2007-2008
|