profil poczta Grupy, Społeczność forum galeria users users

informacje-green

leasure-brown

tips-blue

Znajdujesz się w Start arrow Deser arrow Izaak JK - Abato Chłopiec. Poemat epicki (fragment 4/13)
21.11.2008.
Izaak JK - Abato Chłopiec. Poemat epicki (fragment 4/13) Drukuj Email
14.06.2008.

reflekcje.JPG

 

Ilustracja: Bogusław Jędrzejewski.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Izaak Janas Kaszczyk


ABATO CHŁOPIEC. POEMAT EPICKI (fragment 4/13)


mały chłopiec przyglądał się nocnemu najazdowi

na osadę rybaków

widział z oddali tysiące lśniących pochodni

roztrzaskiwanych o niewzruszone

tajemne żywe

mury

woje zbrojni w żelazne piki

umierali z dławiącym uszy krzykiem

miażdżeni jakby prasą

oliwnej tłoczni

oblekani w czerwone od krwi odzienie

naznaczani sprawiedliwością

której nie dane im było

rozumieć


czasem chłopiec spoglądał

na opadającą głębiej i głębiej w czerń

zatoki

zjawiskową harmonię światła

święte dźwięki przycichły zupełnie

wyparte szczękiem ciężkich zbroi

rozpruwających przestrzeń ciszy

bez której żaden ptak nie wzniesie się na szczyty

gniazda

jeszcze nie wyczuł zagrożenia

miał tylko żal do zgrai jeźdźców

że tak brutalnie zakłócili odświętny nastrój

doświadczenia



wataha konnych wydawała się nie mieć dla niego

innego znaczenia

słyszał nawoływania

mowy poselskiej nie rozumiał

nie znał obcego języka najeźdźców

treść żądań ujawniały

odpowiedzi mieszkańców osady

słyszał głos młodego drwala

osada nie spełni żądań wojów

nie może wydać w obce ręce

przybłędy

małego dziecka

zwanego

Abato Chłopiec



za spełnienie żądania

woje przerwą atak na osadę

odstąpią od murów

podpiszą wieczny pokój

na pokolenia przymierze za śmierć

dziecka

chłopiec zrozumiał

że jest ścigany

ale dlaczego

co kryje za sobą to żądanie?

strach wślizgnął się niepostrzeżenie

w jego serce

zajmując coraz to nowe komnaty

pałacu

wypełnianego fizycznym

bólem

nie było żadnej drogi ucieczki

zniewolenie tą sytuacją wypalało w nim

cuchnące spalenizną piętno

wygnańca



ból stawał się nieznośny

zadrżała wokół ziemia

jęknęły leżące u stóp chłopca brzegi zatoki

zakołysała się grań

na której jeszcze przed chwilą wydawał się być

bezpiecznym

wsłuchany w czarowne dźwięki światła

grań poddała się nieznanej sile

potężniejszej od mroku

w jednej chwili uniósł się sąsiedni brzeg

zatoki

poszybował

na wysokość przewyższającą lot

orlika

by szybko zostać porzuconym

wpaść z łoskotem w ciemne otchłanie

niełaski

w odstępy ziemskie

przyczajone o każdej porze w samym środku

duszy



bezmiar wód zatokowych poruszył się

z intensywnością wodospadu

cofając się w nieznaną dal

w dół świata

ciężkie masy powietrza

uderzyły z samej góry nieba

śpieszyły się

by wypełnić pustkę

pozostawioną po wodach zatoki

podmuch uwolnił skalny pył

czekający na możliwość ucieczki

z przeklętej pułapki

targana wiatrem grzywa skalna

uderzyła z impetem w sam widnokrąg

gasząc świetlne punkciki nieba



chłopiec dostrzegł

pędzącego wprost na niego jeźdźca

przygotowany do strzału

łuk

zaraz cięciwa uwolni moc

która z łatwością jest go w stanie

zabić

srebrzysta czerń łagodnej strzały

nuciła mu już smętną pieśń pogrzebną

wypełniając początek swojej krótkiej

misji

siostra pikującego wprost jastrzębia

ciemnozielony pióropusz

lotnego steru

skupił sens swego istnienia na

celnej drodze



nagle jeździec zapadł się w pół drogi

wraz z uderzaną kopytami skarpą

teraz bezpański bez znaczenia

łuk wypadł z wprawnych rąk łucznika

na oczach małego chłopca

koń ze swym panem ginęli w skalnej

toni

nie wypełniając ważnego zadania

okryci śmiercią

której nie omieszkają wspomnieć

ludowi pieśniarze



po chwili także chłopiec zachwiał się

bezsilny

tym razem i on runął w dół

krztusząc się drobinami rozpadłej

duszy grani

i naraz znalazł się na dnie zatoki

zniewolonej

pozbawionej rybich ławic

odciętej

on także został od wojów odcięty

zniewolony na dnie świata

zastępując wszystkie ławice

sam jeden

podniósł się

otarł dłońmi krwawiące ciało

czuł na swych palcach lepką ciecz

pozbawioną w ciemnościach czerwonej barwy

niżej rzęził przedśmiertnie

drogocennie zdobiony w perły piękny rumak

bogactwem zdradzający książęce prawa jeźdźcy

ogromne końskie cielsko

przywaliło bezwładne ciało

pana



chłopiec patrzył na nowy brzeg

tamto miejsce

z którego jeszcze chwilę wcześniej

uczył się piękna i prawdy

było już tylko ciemną przestrzenią

wspierającą na powrót tejmnicze punkciki światła

na nieboskłonie

trzepotaniem się spłoszonej leśnej sowy

przelatującej śpiesznie obok chłopca

miejsce

z którego dane mu było patrzeć z bliska

w największą tajemnicę życia

już nie istniało

rozprysło się na wiele części

zmienione w skalne gruzowisko

teraz zupełnie nowa grań

wyrastała ponad chłopca na głębokość

jakiej nigdy wcześniej nie widział

na skraju grani dostrzegł jeźdźców z pochodniami

starających się odnaleźć swego towarzysza



ta chwila

oczekiwanie na dalszy bieg wypadków

przedłużała się nieznośnie

czy musi stąd uciekać

czy znów jest bezpieczny?

wyjaśnienie przyszło prosto z grani

na całej jej długości

setki pochodni poszybowało w dół

oświetlając dno niedawnej zatoki

syczące płaczliwie ognie przygasały z wolna

w licznych kałużach

ostatnich świadectwach

niedawnej świetności

zdawało się wieczystej potęgi

oświetlały dno zatoki

pozbawionej życiodajnej wody

swojej istoty

o ile samo istnienie małego chłopca

nią nie było



on stał bez ruchu

pośród płonących drzazg

licząc na nieuwagę jeźdźców

dostrzegli

jego drobną postać

nie przeoczyli kolejnej szansy

w kierunku chłopca

poszybowała z ostrym jękiem

pierwsza kapiąca ogniem

strzała

jej smukłość i lekki pęd

były namacalnym dowodem pokory

wobec tajników świata

siła jej sprężystości dorównywała

pieśni pierwszych kochanków

przy spełnieniu

gładkość swoim dotykiem równa skórze

węża

rzucającego się na kark bawołu

rozpalony grot pochodni

rysował w ciele przestrzeni

nową koncepcję nieboskłonu



kolejne podążyły przetartym

szlakiem

żądne swojego losu

chłopiec zerwał się do ucieczki

nogi grzęzły

w rozmokłym podłożu dna zatoki

przed sobą dostrzegł

lśniący od blasku ognia wielki głaz

w którego porach tkwił

świetlisty grot zabójczej strzały

biegł w tym kierunku

z trudem ratując drobne stopy

przed uwięzieniem w gęstej mazi

błota

strzały mijały go o grubość włosa

ich rozpalone głownie

osmalały jego białą suknię

ocierały się o młode ciało

jak zbyt pochopne pieszczoty o poranku

niecierpliwe szybkie szorstkie

on biegł

chciał żyć



szczęśliwie ukrył się za głazem

opiekunem dwunożnych podwodnych

stworów

nieznanych głazowi do tej chwili

chłopiec przysiadł przy swym dobroczyńcy

bezpiecznie osłonięty przed

pościgiem

zatęsknił za przyjazną mu polaną

za ogrodzoną tajemnym murem osadą

bezpowrotnie traconym bezpieczeństwem

idyllą rybackich chat

tańcem wespół ze starcami

inicjacją wokół świętego drzewa



tak trwał na dnie zatoki

do świtania

najeźdźcy czuwali na grani

nie dając za wygraną

o świcie na setki włóczni

ustawionych na popękanym skraju urwiska

powbijali odcięte głowy swoich ofiar

widział świeżą krew

ociekającą z rozerwanych szyi dzieci

mężczyzn

kobiet

zagrzmiały głośne bębny wojów

zagrały przewrotnie piszczały

rozpoczęła się ranna ceremonia

krwawy obrzęd

oddawanie pokłonów marności

pustce

rozmowa językiem śmierci

o życiu



oni nadal składali ludzi na ołtarzach

w jego pamięci pojawiały się i gasły

pradawne obrzędy

dziś nie rozumiał ich znaczenia

składanie ofiar z ludzi

od tak dawna powinno być

zaniechane

chłopiec czuł całym sobą

jak bardzo nieprawdziwa jest modlitwa zbrojnych

kierowana do nieprawdziwych bogów

świadomość niesprawiedliwości

rozdzierała gorącem jego małe serce

rozpalała jego palce

zaciskające się bezwiednie na skalnym głazie

nic nie mógł jednak zrobić

by powstrzymać

zakazać nieludzkich modłów

zresztą kim on jest

by stawiać przed sobą takie zadanie?



świt nadszedł szybko

ciepłe promnienie nieba

rozgrzewały stopniowo powietrze

znad roztrzaskanej zatoki

uniosła się mgła

dla chłopca była to szansa

na ucieczkę

ruszył przed siebie

w dół opadającego łagodnie

gruntu

szedł wolno

walcząc z błotem o każdy kolejny

krok

dno niczym głęboki wdech

potwora

wciągało jego nogi po kolana



nie zdołał zgubić wrogich

wojów

dzień wstał za szybko

ciepły wiatr wymiótł wilgotną mgłę

zdawało się

chłopiec znowu będzie łatwym celem

wroga

był już jednak daleko

strzały jeźdźców nie sięgały go

padając o wiele kroków przed nim

woje wydali złowrogi okrzyk nienawiści

wściekłości

bezsilności

dwie grupy konnych

podtrzymując wiarę w zwycięstwo

pogoni

ruszyły w przeciwnych kierunkach grani

w poszukiwaniu łagodnego zejścia

na dno zatoki



chłopiec szedł już nieco sprawniej

od gorąca błoto szybko

twardniało

wielkie połacie ziemi

nieregularnie pokrywały się

kobiercem kiełkujących

jasnozielonych roślin

może był to tylko zielony wodny osad

pozostawiony przez wody zatoki

wiatr przynosił w rodzącą się dolinę

tumany kurzu

czas był łaskawym sprzymierzeńcem

rozsiewanych bezładnie nasion

rośliny zazieleniały każdą piędź ziemi

z sobie znaną sprawnością

wykorzystując żyzność gleby

dostępność światła

zachętę rozpostartą jak płótno

nowożeńców



uśmiechał się do swoich

myśli

w otoczeniu małych roślinek

nosił w sobie łagodny smutek

wiedział

one z czasem będą większe

i jeszcze większe

tak

jak on

też kiedyś będzie większy

mądrzejszy

ta perspektywa napawała go

szczęściem

czuł i rozumiał

wokół niego rodziło się nowe

życie



po kilku dniach wędrówki

otaczało go zewsząd coraz więcej

poletek ze świeżym

młodym sitowiem

pasmami oczerety

rodzącymi się gdzieniegdzie

szuwarami

największe obszary zagarniały

dla siebie

łodyżki trzciny

dziwnie szybko pnącej się wzwyż

coraz sztywniejszej

tak twardej

że musiał uważać

by nie kaleczyć o nią swoich

stóp

nieodległej kuzynki tej samej trzciny

z której zwinne dłonie kobiet

budowały świąteczne wianki

na powitanie lata



stąd nie było już widać

wielkiej grani

chłopiec przyglądał się drapieżnym ptakom

które samotnie i grupami

podążały tam

skąd musiał uciekać

czy lecą na żer

pożywić się ludzkim mięsem

wykłuć oczy

wyrwać ostrymi dziobami

serca?

czy można mieć do nich o to żal

żal do ptaków?

jeśli nie do ptaków

to do kogo

do niego

że ucieka

zamiast coś zrobić

zatrzymać to wszystko

nie dopuścić?

chłopiec czuł się bezradny

nie rozumiał

dlaczego właśnie on

zadaje tak trudne pytania

nie potrafił powstrzymać się

od ich zadania



dokuczało mu nadal

to najważniejsze z nich

dlaczego jest inny

od wszystkich ludzi

których dotychczas spotkał?

oni nie pytali i nie odpowiadali

umierali

z braku z nadmiaru

mięsa

pieczonej mąki

wody

wiedzy

on ani nie jadł

ani nie pił

a jednak rósł

stawał się coraz mężniejszy

rozumniejszy



w przyszłości pozna odpowiedzi

teraz jednak musiał uciekać

by żyć

bał się myśli

że kiedyś zechce sprawdzić

czy może zginąć

czy może utracić życie

tak samo

jak utracili je przed paru dniami ludzie

których głowy zatknięto wzdłuż grani

na pikach

a może oni nadal żyją

w lepszym od tego świecie?



po wielu dniach wędrówki

dotarł do podnóża wzniesienia

niedawnego płaskiego brzegu

wychodzącego łagodnie z dna zatoki

na widnokręgu

trochę poniżej chmur

dostrzegł kikuty drzew

pozostawionych samotnie na środku

płaskiej linii nieba

w szczytach poruszały się na wietrze

przyjazne świąteczne wianki

ktoś czci tam święto lata

zaciekawiony wszedł wyżej na wzniesienie

stąd mógł otoczyć wzrokiem ogrom

przemierzonej przez siebie równiny

dno świata całe już było pokryte

szorstką trzciną

która dobrze wykorzystała okazję

do nagłej ekspansji

ułatwiając pieszym i konnym

sprawną wędrówkę



niezmierzona ich ilość posuwała się

środkiem zatoki

w stronę chłopca

serce zatrzymało się w nim z przerażenia

pościg musiał go dostrzec

naraz cała konnica ruszyła z kopyta

oddalając się od pieszych

od najodleglejszego taboru

złożonego ze starców

kobiet dzieci bydła

wozów

ciągniętych na płozach beczek

ze słodką wodą

mały chłopiec nie miał żadnych

szans

choć nie był jeszcze osaczony

jeszcze za wcześnie na słanie sokoła

na kark struchlałego zająca

zagubionego w sokolim królestwie

nie czas na wbicie włóczni po rękojeść

w serce dzikiego słonia

krwawiącego w ziemnej jamie

wydłubanej na jego świętej drodze do

wodopoju

trzeba im czekać na pieśń zwycięstwa

słaną ze środka mężnych piersi

ku ich fałszywym bogom



konie tysięcy jeźdźców

runęły przez zatokę

niczym nagły błysk

poprzedzający grzmot potężnej

burzy

kopyta głucho dudniły

po świeżo porosłej trzciną glebie

rozrywając jej przesuszoną

powłokę

życzliwa wędrowcom niwa

przygnieciona rodzącą się historią

tratowana pościgiem za

pielgrzymem

traciła bezpowrotnie swoją

wolność



nagle pęd zagonów urwał się

pościg zamarł

ziemia pod ich ciężarem ugięła się

pękła

trzcinowa zatoka

otworzyła swoją skrytą

gardziel

konnica sunęła jeszcze do przodu

bezwładną siłą

jak ptak

który wpada w sidła łowne

zapatrzony w wielobarwny ruch

skrzydeł motyla

podobnie do motyla

który nie dostrzegł w porę

misternej sieci pajęczej

rozpiętej na jego drodze

i nie ma szans na rozerwanie

śmiertelnych splotów zdarzeń



dno zatoki pękło bezgłośnie

zmieniając niedojrzały kobierzec z trzciny

w płynną głębinę

część konnicy zwróciła nagle kierunek

jazdy

chcąc uratować się przed zgubą

jednak ucieczka zadawała kolejne

rany ziemi

otwierając jej wodne wnętrze

na coraz to większym obszarze

trwała nierówna walka ludzi

z wodą



najbliżsi celu jeźdźcy

byli już na odległość strzały

wypuszczanej wprawną ręką łucznika

jednak nikt z jeźdźców nie był w stanie

zagrozić chłopcu

ich pełne dumy kołczany

złote od lśnienia szyszaki

barwione ozdobnie skóry

pokrywały się szybko stasznym blaskiem

hańby

patrzyli w jego stronę

zaskoczeni niespodziewaną zmianą

nie kryli przerażenia

konie wciągały ich swym ciężarem

w namacalną głębię

przeszłości

co silniejsze zachłanne życia

spod trzcinowej warstwy ziemi

rozpaczliwie wybuchały cielskami w górę

rozrywając pułapkę od wewnątrz



coraz bardziej brakowało dostępu

do powietrza

woda kipiała od bezradnych pęcin

łbów

splątanych wędzideł

walczących o życie

ludzi

zwierząt

lśniące srebrem naramienniki

zdobione gęstym złotem

ciężkie skórzane pasy

napierśniki z wielu warstw siatek

pełne śmierci topory przytwierdzone

do drewnianych kulbak

gubiły swym ciężarem wojów

topielcy toczyli ostatnią bitwę

słabszym

głębina łaskawie użyczała

schronienia

zdradzieckie wiry wciągały raz po raz

wielkie masy idących na dno zatoki

jeźdźców

rżenie bezradnych koni

nawoływania o ratunek

stopniowo milkły w ciemnej toni

odradzającej się zatoki



mały chłopiec zrozumiał

że to

po czym uciekał

nie było lądem

a jedynie cienką powłoką ziemi

pod którą skryła się prastara warstwa głębin

zrozumieli to także jeźdźcy

ci

pod którymi nie zapadł się jeszcze grunt

ruszyli w kierunku taboru

to był wyrok dla pieszych

tabor ugiął się pod swym ciężarem

jak wiotki patyk pod porywem wichru

jeźdźcy swoim pędem rozerwali

nazbyt wielką połać ziemi

woda przelała się na całą powierzchnię

obłudnego dna zatoki

wciągając w głębinę młodą szorstką trzcinę

razem z taborem

dziećmi kobietami starcami

bydłem



po chwili chłopiec został sam

stał nad zatoką znów wypełnioną

wodą

jej linia brzegowa spoczywała o wiele niżej

niż przedtem

po nieprzyjaznej pogoni nie pozostał

choćby jeden

ślad

tylko pamięć świadka

zatoka wydawała się spokojna

niezmienna

odwieczna

jedynie coraz więcej ptactwa

jak okiem sięgnąć

krążyło nad nią

stale huśtając lot

z wyżyn w dół

co odważniejszy drapieżnik rzucał się

od czasu do czasu

sprawnym nurkiem

próbując w ostre szpony pochwycić ukrytą

zdobycz



jeszcze przed chwilą

chłopiec miał być taką właśnie zdobyczą

rozejrzał się dookoła

nie był bezpieczny

usiadł ciężko na ogromnym

płaskim

nagrzanym ciepłem głazie

i nagle łzy buchnęły przez krtań

prosto do jego dziecięcych oczu

drobne ciało chłopca rozerwał duszący

szloch

oparł czoło o wygładzoną powierzchnię kamienia

wył

jak schwytany w sidła wilczek

nie chciał być teraz sam

wciąż widział

małe dzieci

wołające pomocy

szukające bezsilnie rączkami swoich

matek

nie musiał rozumieć słów

nie musiał znać języka

starców kobiet

bezskutecznie ratujących

swoich bliskich

ich język

jak każdy język śmierci

był uniwersalny



czyja moc jest tak potężna

by wstrzymać cięciem tysiące westchnień

jednym podmuchem czasu

bez zaklęć

zbędnych rytów

z konsekwencją wymagającą żarliwej

wiary

w słuszność uczynku?

obrazy sprzed zaledwie kilku chwil

boleśnie dosłowne

rozcinały chłopcu wnętrze

jego oczy

choć teraz mocno zaciśnięte

wciąż widziały to

nad czym płakało serce

oczy i serce!

po co mi oczy i serce

nie mogę widzieć i nie mogę czuć

by samemu nie doprowadzić się

do zguby!



a kiedy odkrył tą prostą prawdę

znów usłyszał tamten dźwięk

zapamiętaną sprzed kilku dni melodię

zaczarowaną

przenikającą stopniowo przez wszystko

co ją otacza

zatokę wypełniła poświata czerwieni

nie potrafił powiedzieć

czy to tylko krew

z rozszarpywanych ciał topielców

czy tamta nocna barwa

unoszona z głębin zatoki

nie był sam

ta muzyka

towarzyszyła mu przez całą drogę

ucieczki

nie słyszał jej

ale ona musiała przy nim być



to

co jest jej źródłem

pozwoliło mu nadal żyć

zamykając otchłanie nad

pogonią

chłopiec dostrzegł

klamrę spinającą mocno wydarzenia

samotnego łucznika

pędzącego na grani w jego stronę

z tysiącami łuczników

ścigających go przez równinę zatoki

spoiwem była chęć

zamordowania go

bo przecież nie zabicia

on nie zagrażał w żaden sposób

jeźdźcom

on jest zaledwie małym chłopcem

i nikt nie musi się przed nim bronić

nikt nie musi się go obawiać

to prawda

jest inny



wataha jeźdźców przybyła do osady

by go zamordować

ale on ma żyć

tylko jedna moc może tego zażądać

od świata

w taki sposób

jak to miało miejsce

tutaj

chłopiec znów zaczął płakać

tym razem jego łzy były świadectem

wzruszenia miłości zrozumienia

w wymiarze tego

kogo szuka

czasami jeden równa się tysiącom

będąc oznaką lekcji

której nikomu nie będzie wolno

w przyszłości zapomnieć



zbliżało się popołudnie

czerwona kula schodziła wolno ku zmierzchowi

znacząc niebo barwą

podobną do krwawej kipieli

mały chłopiec musiał stąd odejść

nie miał łodzi

by powrócić do osady

dotykać młodych dziewcząt

tańczyć wśród starców

wsłuchać się w słowa ich tajemnej

odwiecznej pieśni

musiał iść w przeciwną stronę

coraz bardziej oddalając się od bramy

życia i śmierci

drzewa mądrości

kamiennego muru



kierował się na zdobne w wianki

kikuty drzew na skraju

szedł wytrwałe

cały czas łagodnym zboczem w górę

była już ciemna noc

kiedy stanął na starym

brzegu

co stało się z tak wielką masą ławic

odebranych gwałtownie zatoce

komu potrzeba było tyle wody?

jak przez mgłę chłopiec odkrywał

w odległej pamięci

największe zwierzęta świata

potwory

których ani początku

ani końca

nie można było dojrzeć z jednego miejsca

może właśnie któreś z nich

poczuło się spragnione

czy był tego jakiś inny powód?



czy on

był rzeczywiście tym powodem

czy powinien w to wątpić?

czuł zmęczenie

nazbyt długą wędrówką

bez snu wytchnienia

myślami

których wielki natłok czynił w jego głowie

zupełny chaos

usnął kamiennym snem

tak twardym

jak skała

na której strudzony przysiadł na jedną

chwilkę



kolejny dzień jak zwykle

nie zdradzał swoich zamiarów

chłopca zbudził nie tylko chłód świtania

o jego nos ocierało się coś

wilgotnego miękkiego ciepłego

łaskotało

otworzył ostrożnie oczy

przy jego głowie stał na czterech łapach

owłosiony zwierz

podobny do wilka

lecz bardzo mały

z zadartym śmiesznie do góry puszystym

ogonem

cały czas wachlującym wokoło

chłodne jeszcze powietrze

chłopiec nigdy nie widział takiego

dziwadła



pamiętał małe wilki

tak groźne

że nie można było zbliżyć się do nich

na mniej niż trzydzieści kroków

ich ogony były zawsze opuszczone

sztywne

sierść najeżona

jak ta trzcina na fałszywym dnie

zatoki

ludzie próbowali czasem je oswoić

kończyło się to zazwyczaj śmiercią

śmiałków

ten mały psotnik wydawał się

niegroźny

jego zachowanie nie wskazywało na chęć

zagryzienia

pożarcia chłopca



zwierzątko psociło

chciało się z nim bawić

wydawało śmieszne cieniutkie piski

musiało nierozważnie oddalić się

od przewodnika

zapewne tylko na krótko

zagubiło się

może jego towarzysz jest niedaleko stąd?

to sygnał do zachowania

czujności

w pobliżu może kryć się nieznane

niebezpieczeństwo

czy mały chłopiec już zawsze

zmuszony będzie

uciekać

nawet nie wiedzieć przed czym?



ruszył wzdłuż starego brzegu

obchodząc odległe drzewa w wianki

kudłaty czworonóg tuż za nim

wachlował świat ogonem

skacząc niezdarnie

przy każdej przelatujacej w pobliżu ważce

chłopiec odważył się pogłaskać zwierzę

a ono podskakiwało jeszcze wyżej

zapewne okazując w ten sposób swoją radość

coraz bardziej beztrosko szli razem

w kierunku unoszącego się z wolna dnia

wilgotna trawa zmywała ze stóp chłopca

trud niedawnej ucieczki

przyroda uspokajała jego pamięć

prawie zapomniał się

w coraz bardziej otwartej zabawie

z czworonogiem

gdy lekki powiew wiatru

przyniósł w nozdrza swąd spalenizny



rozpoznał ten zapach

to była woń

której nigdy nie mógłby nie pamiętać

nachodziła go często we śnie

budził się wówczas

z trudem czerpiąc powietrze

czworonóg też coś wyczuł

warczał cichutko

ogon podwinął między tylne nogi

chowając głęboko pod podbrzuszem

co kryło się w ogonie

że czworonóg osłaniał go

całym ciałem?

a co kryje się w głowie strusia

że osłania ją piaskiem pustyni?

strach

żywemu odbierający rozsądek

martwemu nieznany

chłopiec przykucnął

rozplótł warkocz i ukrył się

biorąc przykład z czworonoga

wczołgał się na niewielki

wzgórek



z pomiędzy wysokiej trawy

widział świat

aż po wielkie drzewa z zielonymi wiankami

przed nim rozciągało się ptasie

żerowisko

nie dostrzegł żywych ludzi

jedynie pozostałości po wielkim grodzie

otoczonym obronnym płotem fosą murem

doszczętnie spalonym

na kikutach ostro wyciętych pniaków palisady

tkwiły pozostałości ludzkich ciał

nabitych aż po serca

zwęglonych

rozszarpanych przez drapieżne ptactwo

pozbawionych fragmentów głowy

kończyn piersi brzucha

choć nieme

wypełniały cały kosmos

krzykiem

chłopiec zatkał mocno uszy

nie zdołał wstrzymać dźwięków

które wpadały do jego wnętrza

przez wszystkie wgłębienia skóry

przez oczy

których nie wolno mu było zamknąć



ptaki zachowywały się bezgłośnie

nienaturalnie cicho

chłopiec nie chciał

by na jego widok wzbiły się

w powietrze

mogłoby to być dla sprawców tej masakry

oznaką

że trzeba powrócić

by dokończyć dzieło zniszczenia

na ziemi widniały ślady

po stępkach wielkich łodzi

wyciąganych z wody na brzeg

sprawcy tej rzezi odpłynęli

nowy brzeg jest daleko w dole

nie powrócą już tutaj

może pomknęli z prędkością wodospadu

wraz z wodami zatoki

w śmiertelną dal?



czworonóg wbiegł przez zniszczoną bramę

na dziedziniec osady

popalone domostwa nosiły ślady

zaciętej walki

teraz okalczone splądrowane

słały odwieczną skargę w nieznaną

dal

gdzieniegdzie leżało ścierwo domowych zwierząt

to była grabież

towarzysz chłopca podbiegł pod ocalałą z pożogi

część obszernej chaty

do nadpalonej ściany przybitych było

wiele ciał

wokół których krążyły chmary owadów

rozganiane nieudolnie przez zmęczone

ptactwo

czworonóg nie odważył się podejść bliżej

kąsany dziobami biesiadników

skomlał jedynie żałośnie

obwąchując plac przed domostwem



chłopiec także zatrzymał się przed chatą

drażnił go zaduch gnijących ciał

wiedział

że tych trupów nie musi się obawiać

trzeba bać się żywych

ludzi zdolnych do czynienia tego

na co teraz patrzył

nie rozumiał

po co pomordowani żyli

rodzili się kochali

ginąc na końcu w okrutnych męczarniach

na oczach swoich bliskich

wspólnie

bez nadziei na ocalenie

stając się łupem wszelkiego robactwa

walczącego zacięcie o najdrobniejszy

kęs żeru

we wszystkich zagłębieniach martwych ciał

po co codziennie siadali obok paleniska

odszukując się szczęśliwym wzrokiem

zezwalając na końcu drogi zuchwałemu

ptactwu

na poszukiwanie posiłku dla piskląt

w rozciętych po biodra trzewiach

ich smukłych ciał?



chłopiec wiedział

że owadów i ptactwa nie wolno obciążać

odpowiedzialnością

zatem kogo

kto jest odpowiedzialny?

duchota i odór wypędziły go

na zewnątrz

czworonóg pobiegł w kierunku kikutów drzew

z wiankami

chłopiec podążył w tamtą stronę

pomimo oddalania się od zgliszczy

nadal czuł przejmujący swąd

palonych ludzi

coraz to bardziej intensywny

miał złe przeczucia

szedł ostrożnie

spodziewając się najgorszego

drzewa milczały okryte czernią

ogień pozbawił je gałęzi

jak topór pozbawia tułów ręki

tnąc ramię nieuważnego woja

stały pozbawione swych praw

naturalnych

podobne do martwych ludzi



tkwiły w centrum okręgu

otoczonego ziemnym płaskim wałem

pokrytym soczystą trawą

zza wału słychać było

szept owadów

tępe postękiwanie obżartego

ptactwa

całe zagłębienie wypełniały odcięte

ludzkie głowy

starannie ułożone wieloma warstwami

spod ich stosu wiatr wywiewał

szary popiół spalonych ciał

do drzew przywiązani byli linami

sędziwi starcy

kaci zmusili ich do powolnego umierania

ich śmierć była straszniejsza

niźli cięcie ostrza w poprzek karku

oni padali z wolna ofiarą padalców

które penetrowały ich wnętrza przez nieliczne

otwory

uszy oczodoły usta odbyty

prześlizgując się bezszelestnie

po ich żywych jeszcze

ciałach



jeden ze starców zdołał przeżyć

jego ociekające krwią

stopy

wspierały się na potężnym korzeniu

świadczącym o niedawnej świetności

dostojnym wieku drzew

starzec nieznacznie uniósł siwą głowę

na widok małego chłopca wydał błagalny

cichy okrzyk

chłopiec poznał już słowa tego języka

w rybackiej osadzie

ty jesteś Abato zwany Chłopcem

szukali cię

czy to rzeczywiście ty?

mały chłopiec bał się powiedzieć prawdę

nie wiedział

co ma zrobić

chciał uwolnić starca z objęć

śmierci

kurczył się jednak cały na samą myśl

o zanurzeniu swoich nóg

w gnijących ludzkich głowach

z gardła chłopca do jego wątłego wnętrza

przedostał się wzburzony

okrzyk

przeraźliwy groźny potężny

nawet okaleczone drzewa

odczuły nagły podryw wiatru

odbijający się od cienkich blaszek

ocalałych pozostałości koron



krzyk przywołał ukojenie

którego chłopiec ani się spodziewał

ani rozumiał

tuż nad jego głową zafalowało

ciepłe powietrze

dostrzegł wielkie żółte szpony orła

otwierające się w mgnieniu oka

orzeł uderzył z całej siły w rozkołysaną

głowę starca

odrywając z niej wielką połać

twarzy

buchająca z gorąca czerwień

pokryła całe ciało

orzeł odleciał ze zdobyczą

a starzec na oczach chłopca

konał

zjadany żywcem przez

robactwo

znęcone zapachem

słodkiej krwi



za późno

przybył za późno

by mu pomóc

wprawdzie nic o nim nie wiedział

nie znał jego przemyśleń

zwyczajów i praw

na pomoc

było za późno

nie zatrzymał wielkiego orła

nie chwycił jego szponów

nie rozerwał na strzępy jego

skrzydeł

nie zdołał powstrzymać kapłanów

nieludzkiej wiary

przed ćwiartowaniem niewinnych

ciał

w celu przypodobania się

krwiożerczym bóstwom

czczonym na podobieństwo

katów



czworonóg także musiał dostrzec

śmiertelną bliskość orła

a choć orzeł odleciał stąd w nieznane

zwierzę nadal było niespokojne

jęczało zrywaną frazą

może rozumiało niemoc małego chłopca

który nie chciał dłużej bezradnie patrzyć

na morderczą wędrówkę starca

w nicość

nie mógł nic zrobić ze swą

bezczynnością

zbliżał się czas ucieczki

trzeba wyrszyć w dalszą drogę

chłopiec zrozumiał tą konieczność

gdy świst strzały rozerwał strzęp

powietrza

jej srebro zatrzymało się na chwilę

w oczach małego chłopca

on dostrzegł w torze lotu

zagadkowy cień

towarzyszący całemu światu

strzała śpieszyła się do celu

z ręcznością orki wbijając śmierć

w duszę

konającego starca



Orebro - Edinburgh, 2007-2008

Komentarze (0)add comment

Napisz Komentarz
Musisz sie zalogowac aby dodac komentarz, zarejestruj sie jesli jeszcze nie masz konta

busy
Zmieniony (