|
Odcinek
12
Posiedział Maciej kilka minut na stopniach, ze dwa papierosy
wykurzył i wrócił do chałupy. Miał się znowu na kozetce
położyć, gdy z zapiecka wychylił się czymś bardzo zaciekawiony
Dziadek.
- Powiedz
mi, synku... - zagadnął - ta rozebrana panienka, co tu się po
chałupie kręciła... co ona za jedna ?
- Dajcie
spokój, dziadek... - wymamrotał i położył się na wznak.
Maciej nie miał ochoty na durnowate pogaduchy ze starcem. Dziadek
powoli wygramolił się z zapiecka. Wyprostował swe stare kości,
zaskrzypiało, chrobotnęło w paru miejscach, a kiedy się uspokoiło
spojrzał w drzwi do drugiej izby, te, za którymi znikła
Dorotka i szeroko się oblizał.
-
Z taką to bym...
- Dziadek... przecież
to wasza wnuczka! – wnerwiło już Macieja.
- O!? Nie jestem za młody na wnuczkę.
- Macie
dwie: jedną w mieście i jedną na wydaniu. I córkę macie,
coście mi ją tak ochoczo za żonę oddali! - Maciej podrapał się
w głowę. – I dziś już wiem, czegoście takie chętne pozbyć
się tego byli...
- A
z kim je mam, te wnuczki?
W takich
sytuacjach Maciej nigdy nie wiedział, czy dziadek kpi sobie i
żartuje, czy rzeczywiście nie wie co gada.
- A
z babką!!! – wykrzyczał nieźle wkurwiony na starego. -
Głupi dziadek...
Dziadek
powoli zbliżył się do wieszaka, na którym Dorotka powiesiła
swoją sukienkę. Zdjął ją, przymierzył do siebie, potem zajrzał
głęboko w dekolt, odchylając dłonią tę część sukienki.
- Ładny
kawałek wnuczki... jak to wyrosło... jak wyładniało... ciała
nabrało... Ale czego taka rozebrana lata?
- Bo
jej gorąco!
- Popatrz
ty się, synek... Niby ta sama rodzina... ta sama krew... a całkiem
inna niż moja babka...
- Dziadek! Nie mówcie do mnie synek! – wydarł się na starego. -
Nie jestem wasz synek ino zięć!
- Jeden
chuj...
- Nie
przeklinać! – Maciej wrzasnął jeszcze głośniej. – A poza
tym... Odwróćta się...
Starzec,
bo też miał to wyćwiczone, wyciągnął dłonie przed siebie,
puszczając na podłogę sukienkę i odwrócił się tyłem do
zięcia. Ten powoli zbliżył się, podniósł z ziemi
sukienkę, otrzepał ją, odwiesił na miejsce, wsadził łapy do
kieszeni i spojrzał kontrolnie na dziadka. Potem coś z kieszeni
wyciągnął i wsadził to w dłoń starca, mocno przy tym w nią
klepiąc.
- Mordoklejki...!
Dziadek...
Starcowi
aż oczy błysnęły, choć nie było widać, bo w takich sytuacjach,
nie dość, że się tyłem obracał, to zawsze miał nakazane je
zamykać. Spojrzał na dwa trzymane w dłoni cukierki, uśmiechnął
się i zaczął je rozwijać. Maciej lubił tak komu sprawić radość.
Starczyła nieraz głupota, jak te cukierki, albo jakie miłe słowo,
albo objąć też lubił, po ojcowsku, córkę Dorotkę, albo
babkę o zdrowie zapytać. I oni też lubili to jego zachowanie. W
przeciwieństwie do zachowania Apolonii, która dawno już
zapomniała, że żyje się między ludźmi, a nie między Bogiem, a
księdzem. Że to właśnie życzliwy do ludzi stosunek czyni
człowieka lepszym, i że to to właśnie bramy nieba w przyszłości
uchyla, a nie codzienne klepanie pacierza i latanie do kościoła
nawet dwa razy dziennie. Napawał się więc teraz Maciej tym swoim
dobrym uczynkiem i świadomością, że dobrze zawsze mieć pod ręką
coś, co drugiemu sprawi radość. Ale napawanie to przerwał
starzec, który wsadził w gębę oba mordoklejki, te mu
resztki jego prawdziwego uzębienia skleiły, więc jak usta otworzył
i chciał co powiedzieć, to nie wiadomo było: niemowa czy głupi
jaki.
- Sprawdzałem
w nocniku. Już jej tam nie ma... - wymamrotał plując przy tym i
uważając, żeby karmelowa masa mu z gęby nie wyleciała.
- Czego
nie ma?
- Szczęki! Głupku...
- A
gdzie jest? – zaciekawił się Maciej. Starzec wyszczerzył zęby.
- A
o tu!
Maciej
wzdrygnął się, bo wyobraził sobie, jak dziadek do napełnionego
odchodami nocnika rękę wsadza, w gównie się babra, swoją
ukochaną szczękę znajduje, trochę ja tylko byle czym przeciera i
wkłada do ust. Machnął sobie Maciej dłonią przed oczyma, jakby
te myśli odganiał i wyobrażenie nagle uleciało. Usiadł przy
ołtarzyku, trochę jeszcze na nim nabałaganił, obrazek z
uśmiechniętą buzia ojca dyrektora odwrócił. Starzec, w tym
czasie, odklejał się od resztek swoich mordoklejków, które
w ustach międlił.
- Dziadek... A
tak po prawdzie: rzeczywiście wam się babka po nocy na waszą
część zapiecka roluje?
- Jeszcze
jak!
- Niechcący
czy specjalnie?
- A
kto ją tam wie?! Ale musi raz niechcący... a raz specjalnie... - odpowiadał
kulturalnie i po prawdzie wyciągając z sieni swój wózek
do wożenia mleka.
Wyturgał
go na środek izby, obrócił kółkami do góry,
potem stołek sobie do niego przysunął, usiadł i zajął się
codziennym przeglądem układu jezdnego.
- No
i co wy... dziadek... na to ? – zapytał po chwili Maciej.
- Popycham
ją... - odparł Dziadek nawet nie podnosząc wzroku znad wózkowych
kółek.
Maciej
znów sobie coś wyobraził.
- No... i
co babka... na to?
- Mruczy...
Przez
chwile trwała cisza. Maciej łypał ukradkiem na Dziadka, a ten, jak
Maciej wzrok odwracał, na niego.
- A co
ty się właściwie tak wypytujesz? – ciekawość dziadkowa była
silniejsza od dobrego wychowania.
- No
bo... we waszym wieku... jeszcze babkę popychać..? – kontynuował
zięć, a jego wyobrażenie jakoś nie chciało tym razem odejść.
Może dlatego, że sobie przed oczami ręką nie machnął...?
- W
jakim wieku? – Starzec dopiero teraz uniósł głowę i
popatrzył zdziwionym wzrokiem.
- No
młodzieniec nie jesteście! a popychacie...!
- No
przecież jak się kto na twoją połówkę zapiecka wali, to
chyba musisz popchnąć...?! Nie?! raz nawet wypadła, o tu na
podłogę...
Maciej
spojrzał we wskazane na podłodze miejsce i wyobraził sobie, jak
stara, pomarszczona i całkiem naga babka z krzykiem z zapiecka
wypada.
- Już
dosyć! dajcie spokój, dziadek... Przeszkadza, to se
popychacie... Koniec.
Stary
wzruszył ramionami i wrócił do sprawdzania układu jezdnego
w swoim środku transportu. Nagniótł dłonią najpierw jedno
kółko, pokiwał głową, potem nagniótł drugie, też
pokiwał i zakręcił oboma naraz. Maciej zaś siedział jakiś
zamyślony.
- A
moja, znowu, to już całkiem się tak na wersalce rozpiera... całe
łóżko zawala... Też by się zdało ją popchnąć! raz albo
dwa...! Niechby się oduczyła! – powiedział niby do siebie, niby
do Dziadka.
- No
to se popchnij!
- Koniec! Powiedziałem, koniec!
Kółka
w wózku nie kręciły się jednakowo. Jedno już stanęło, a
drugie dalej się obracało. Dziadek, w skupieniu, szukał teraz w
myślach przyczyny tego zjawiska.
- Skąd
się w was to na starość bierze?! Hę?! Przecież w waszym wieku... toście powinni jak inne do kościółka latać i ze
wszystkich grzechów zdawać sprawozdanie! – coś wyraźnie
gryzło Macieja, bo nie dawał staremu spokoju.
- I
zdawam! Nieraz jak se z plebanem zaczniem nasze figle opowiadać,
to...
- Dosyć! Nie chcę o tym słuchać...!
- To
się nie wypytuj!
Dziadek
powoli odkręcał motylek przy wolniej obracającym się kółku.
Tuchała, lekko uśmiechnięty, bo tym razem wyobraził sobie coś
śmiesznego, co chwila na niego spoglądał. Patrzył, wyobrażał
sobie i odwracał się. Potem znów patrzył i znów się
odwracał dalej brnąc w swe wyobrażenie. W jakie, znowu nie
będziemy tego opisywać, bo było niedobrze przyjęte, mogło by
obrażać uczucia, a już kościół katolicki na pewno, bo to
tak jakby opisywać, jak pleban, w cywilnym ubraniu i swoim złotym
BMW, na drogę krajową wyjeżdża i zaraz się rozgląda, którą
przydrożną kurwę, na skórzanej tapicerce auta, dzisiaj
przelecieć.
- No... i
co wy se tam opowiadacie? – Maciej jednak zadał to zasadnicze
pytanie podnosząc się ze stołka i przysiadając na podłodze obok
Dziadka.
- Ja
o dziewczynkach... a on znowu... o chłopcach...
- Już! Dość! Już żeście za dużo powiedzieli...
- Boś
się zapytał!!!
Maciej
podniósł się z podłogi, chwilę po izbie pochodził i
przysiadł, w końcu, na swej kozetce. Zdjął kaszkiet, włosy
dłonią poprawił.
- Bo
widzicie... mie to się zdaje, że u mnie to i jeszcze nie tylko
chęci, ale i możliwości są...! że jeszcze ze mnie kawał chłopa
jest! Że jeszcze bym se nie raz mógłbym se tak... tak
ukochać, że byście się jeszcze zdziwili...! A tu, po prawdzie,
leży, jak to mówią, warstat odłogiem... śnią się
człowiekowi jakieś dziwy po nocach, spocony się budzi... a potem
jakoś tak to do łba uderza, że swoje staje się obce, a na obce
patrzysz jak na swoje...
Dziadek
od razu zrozumiał, że Maciej dawno już kobiety nie miał i
cierpiał z tego powodu. Podniósł się więc ze swego
stołeczka, zbliżył do kozetki, usiadł i ściszonym głosem
szczerze zapytał:
- Znaczy,
synek... że ty już tej swojej...? Nic?
- Znaczy
waszej córki a moje żony?
- Właśnie
o tę babę chodzi. To jak, nic?
Maciej
pokręcił głową potwierdzając dziadkowe przypuszczenia.
- A
od dawna?
- Siedem
lat już z tym żyję...
- O
kurwa... - zaklął po cichu, pod nosem, stary.
- Pożyję
jeszcze siedem... A potem, da Bóg, może się odechce...?
|