|
Hubert Konrad: W obrotach ciał niebieskich
kameralnie
z poetą nie da się żyć.
nie lubię go nawet czytać,
do siebie nie podobny.
w wycałowanych ze świtem łez koralikach słono
zmierzchłam, na ustach wpojonych w usta innej.
latawica.
poecie nie można wierzyć.
umawia się na helu,
buszuje w bukowinie.
z lotnością jemiołuszki gniazdka wiłam, nikt nie świergolił
tak ponętnie, złamanego patyka nie przyniósł.
górno lotnik.
poety nie można przewidzieć.
co zrobi, gdzie będzie,
co powie?
w wspomnienia wpleciona zawiłość
naszych ciał rozsnuję, dam mu kłębek.
głupia.
nie warto z nim nawet sypiać,
przeciąga wszystko w nieskończoność.
* * *
od kiedy słowo stało się instrumentem,
muzyki szukamy w ciszy.
uzależnieni od jej słodkiego dźwięku
przysłuchujemy się z wielu perspektyw;
z każdej wygląda tak samo,
a kiedy milknie, tworzymy rezonans.
przez chwilę pulsuje po nas pamięć,
po czym i ona cichnie.
pamiętasz- jacy byliśmy sprzed?
siadaliśmy na kolejowym moście
i znikaliśmy w pocałunkach.
spotykaliśmy się w spojrzeniach;
odległość nie była taka względna,
spomiędzy świerszczyła łąka,
a oczy miały kolor.
- jak rude tory nie były takie rude,
nie przenosiły donikąd?
mieliśmy się o co oprzeć;
gdzie zgubić,
po czym stąpać.
zauważyłaś- że nawet nieskończoność ma koniec?
fringe festiwal
spokojnie to tylko księżyc, pyzaty ulicznik z harfą szarpie otchłań.
my na poboczu, nie po drodze, nie liryczni. na bruku tłoczność;
iluzjonista mantruje szklaną kulę, zdyszany rykszarz,
na drumach rasta szuka dźwięku.
teatralność nas kiedyś zgubi- mówisz, kupimy
mineralną i pójdziemy do ciebie, już to śniłam;
odbijemy się w sobie jak w spektrum,
wyświetlimy faktyczność.
ja; nic nie mówię, przez chwilę kiwam się
jak sierota, choć coraz mniej cyklicznie.
tancerka z ogniem mnie ujmuje.
piękno jest w oku obserwatora
w stokrotkach wplecionych we włosy i czerwonej sukience
nie doszukuję się prawdy, chociaż prześwituje.
nie rozbieram cię z tego w co już ubrałem, ściślej nie precyzuję,
a odbiegając od analogii; ładnie wyglądasz.
dorzucam piegi, koraliki, rude włosy i bladą cerę.
istoty i piekła nie dorzucam, lubię jak wszystko przysłaniasz.
dziadek, czyli porwania, porzeczki i jabłonki
dziadek prowadził się hardo.
potrafił uścisnąć mocno dłoń
i nie zdziecinnieć na starość.
nie miał zwyczaju dwa razy prosić o jedną rękę,
dlatego porwał babkę.
do wszystkiego podchodził z dystansem,
nie tylko do kobiet.
(kto by tam teraz zastanawiał się dlaczego;
być może dlatego, że miał do nich słabość).
nie było nic dziwnego w tamtym popołudniu.
zagranica ci nie służy - mówił, sama skóra i kości;
porzeczki dojrzewały w słońcu, sunia siedziała tu gdzie teraz,
my na samochodowej kanapie pod jabłonką;
wspominaliśmy złowioną na środku jeziora choinkę,
ręce pełne supłów i lato, nie takie przelotne jak teraz;
jak jeszcze długo nie potrafiłem zrozumieć, skąd się tam wzięła.
nie było nic dziwnego w tamtym popołudniu;
dziwne jest tylko to, że umarł zdrowo.
domek z kart
stój domeczku stój
nieważne kto zatrzepocze
skrzydłami
którą będziesz gałązką
i gdzie nie kończy się fraktal
może będziemy bruzdą
na czyjejś dłoni
obudzimy się w małym
pęknięciu na języku
stój albo rozsyp się
wszystko mi jedno
dwanaście słoneczników
dialogom sprzyjają nieskończone otwarcia.
powiewa z niewiadomo skąd,
aż tylko tyle jesteśmy w stanie ustalić.
sklejają to z tamtym, tamto z czymś innym,
nie tamto, co nie kleiło się kiedyś
i jest w tym jakiś ruch;
następstwo i poprzedzenie międzyprzestrzeni,
która zdaje się nie być ruchem, bez termometru
w międzykrawędziach. jednym słowem;
nie istnieje Pan bez nas Panie van Gogh,
choć równie dobrze, mógłby Pan istnieć tylko obiektywnie,
ale nie o to mi chodzi.
szczególnie mnie zainteresował,
ten w prawym górnym rogu.
kogo się boi, chce przestraszyć,
tym samym, kogo i przed czym chronić?
jak ma się do całości i z kim koresponduje spoza?
coś bardziej w tle;
szczur przebiegający po linii wysokiego napięcia,
ładunek rozsadzający uszy, przegryzione kable.
tak między nami tylko i trochę z innej beczki,
dlaczego jest ich trzynaście?
pani poezja
oczywistość przestała istnieć
od kiedy stałaś się poezją
z obawy o kruchość i przedwczesną
umieralność wypowiadanego słowa
mówieniem już tylko ciszą
spłoszonych gwizdem stadem gęgaw
(o ile nie wspólnym rytem)
wzruszeniem ramion
(tym naszym)
o drodze donikąd
na rozstaju jak zwykle kwestionujemy buty
nie kwestionujemy pocałunków
późną jesienią
w złym wieku, bo tak zwykliśmy mawiać,
bez przekory patrzymy w zachody słońca.
pamiętamy i podróżujemy inaczej,
jeżeli nie na odwrót.
umarłych wskrzeszamy na wyciągnięcie ręki,
przed chwilą na zwyczajowe zapomnienie.
trzymany za palec ojca, i tylko nas nie dziwi,
że nie jest martwy.
nawet binki;
gdy wygładzamy mu z grzbietu pióra,
po kilkuletniej nieobecności
ujada i plącze się pod nogami tak samo.
oddychamy i wierzymy, tylko nie tak jak kiedyś;
naiwniej, zarazem prościej i trudniej.
(co za Korsakow znowu, jaka konfabulacja- siostro;
pytanie o zdrowie jest w złym tonie).
w obrotach ciał niebieskich, czyli jak vicky jest, za chwilę vicky nie ma
wszystko co chcemy wiedzieć o pięknie- pall,
przenosi nas tutaj, nie gdzie indziej.
kilku cyfrowa faktyczność do wysublimowanej kochanki;
łączenie,
głęboki wdech,
abonent czasowo nie dostępny.
czy nadal chcesz bredzić o drugiej stronie na wyciągnięcie ręki?
widzisz- niektóre rzeczy zdarzają się tylko raz,
pochłaniają do końca, rozdzierają na strzępy,
a później zamykają w koło.
bywamy i tu, i tam; krążymy po z góry określonej orbicie
a kiedy wypadamy, czujemy tarcie.
powroty i samotność wypełniają nam dobrze znaną przestrzeń;
tyko tyle z nas pozostaje i tylko na taką, możemy sobie pozwolić.
tęsknimy i trwamy w zawieszeniu- pall,
obojętnie zniesiemy brzdęk i gwar,
przepuścimy przez siebie każdy śmietnik.
wiesz, że nie lubię ględzić.
prawdziwe piękno dotyka się tylko raz.
|